EXCLUSIVE: Wspomnienia współlokatorki

Iza doskonale wie, jak to jest mieszkać z obcą osobą za ścianą...
EXCLUSIVE: Wspomnienia współlokatorki
16.11.2013

Dzielenie mieszkania z nieznanymi do tej pory osobami, to dla wielu młodych ludzi konieczność. Koszt wynajmu własnych czterech kątów, zwłaszcza w dużych miastach, przerasta nasze możliwości. Kilka pokojów, w każdym inny, niespokrewniony z resztą lokator i odrobina wspólnej przestrzeni – zazwyczaj wyłącznie łazienka i kuchnia. Żyjemy obok siebie, ale jednak osobno. Przynajmniej takie jest zamierzenie, bo rzeczywistość szybko to weryfikuje. Jeśli dzielisz z kimś mieszkanie, musisz liczyć się ze współlokatorami. Ich humorami, przyzwyczajeniami i stylem życia. Jedni szybko się przyzwyczajają i nie widzą w tym żadnego problemu, inni – nigdy nie poczują się swobodnie i odliczają dni do momentu, kiedy będą mogli sobie pozwolić na większą samodzielność, bez obcego człowieka za ścianą.

Iza mieszka z zupełnie przypadkowymi ludźmi od wielu lat. Od czasu studiów zmieniała mieszkania trzykrotnie i miała do czynienia z sześcioma współlokatorami. Albo przeprowadzała się w inne miejsce, albo dotychczasowy lokator zwalniał swój pokój i konieczne było znalezienie kogoś nowego. Jak przyznaje w rozmowie z nami, trudno opierać się na pierwszym wrażeniu. Decydując się na mieszkanie z kimś nieznanym, musimy liczyć się z tym, że prędzej czy później pojawią się problemy. Z niektórymi można żyć, inne okazują się nie do zaakceptowania. Oto jej historia.

Czego uczy nas historia Izy? Zapewne tego, że nigdy nie możemy być pewni, czego mamy się spodziewać. Pierwsze wrażenie może okazać się bardzo złudne, a mieszkanie pod jednym dachem z nieznaną do tej pory osobą, to zawsze spore wyzwanie. - Co ja mogę powiedzieć... Nie można z góry zakładać, że za ścianą będzie mieszkał jakiś świr lub ktoś zupełnie nieodpowiedzialny. Nie można jednak myśleć, że to będzie sielanka, bo ludzie to zbyt skomplikowane istoty. W każdym coś nam będzie nie pasowało. I albo się do tego przyzwyczaimy, albo wywiozą nas w kaftanie bezpieczeństwa – mówi Iza.

- Wbrew pozorom, ja się od tych wszystkich ludzi dużo nauczyłam. I nabrałam cierpliwości, której nigdy nie miałam - twierdzi.

KRÓLOWA STYLU

Iza nie chciała ponownie organizować castingu. Odezwała się do dziewczyny, która wcześniej była już zainteresowana wspólnym mieszkaniem. Okazało się, że aktualnie mieszka gdzieś tymczasowo i chętnie zajmie miejsce uduchowionej współlokatorki. - To było jej zupełne przeciwieństwo. Uśmiechnięta, pewna siebie, taka dziewczyna w stylu „hej, do przodu”. Miłe urozmaicenie, bo z jej strony nie spodziewałam się tak drętwej atmosfery i ciągłego pouczania. Trochę się pomyliłam... Nie wymagała ciszy o 21, bo sama lubiła tłuc się po domu nawet do 1 w nocy. Rano była wiecznie wszędzie spóźniona, ale to jej nie przeszkadzało, żeby siedzieć w łazience przynajmniej godzinę. Przed wieczornym wyjściem potrafiła nawet ze trzy. Bardzo o siebie dbała – wspomina Iza.

- Nie mogłam uwierzyć, że można mieć aż tyle ubrań i kosmetyków. To był jej żywioł. No i ok, gdyby zajmowała się tylko sobą, to jakoś bym to zniosła, ale z czasem zaczęła się mnie czepiać. Pojawiały się teksty „co ty na siebie założyłaś?”, „chyba nie chcesz w tym wyjść”, „zobacz, co ty masz na twarzy”. To była moja osobista stylistka. Często wyśmiewała moje ciuchy i makijaż, mówiła, że o siebie nie dbam, że jak tak można. Dla niej ubranie się i umalowanie w 15 minut było niemożliwe. Nie dało się tak dłużej żyć, więc zaczęłam się rozglądać za innym mieszkaniem. Powiedziałam właścicielowi, żeby poszukał sobie innej lokatorki, bo ja od nowego miesiąca się wynoszę. No i znalazł kogoś nowego, a ja niczego nie znalazłam – opowiada nasza rozmówczyni.

MĘSKA RĘKA

Iza nie do końca przemyślała tę decyzję. Wypowiedzenie złożone, nowa lokatorka ma wyznaczony termin wprowadzenia się na jej miejsce, a ona nie może niczego znaleźć. Wreszcie jest. Mieszkanie w dobrej lokalizacji, na zdjęciach prezentuje się dobrze, więc trzeba to sprawdzić. - Myślałam, że otwiera mi chłopak dziewczyny wynajmującej to mieszkanie. Albo jej brat. Wyszło na to, że to z tym facetem mam mieszkać, a on nie ma zupełnie nic przeciwko. Podobno jest bardzo ugodowy, rzadko bywa w domu, szanuje cudzą prywatność i powinniśmy się dogadać. Nie miałam już siły szukać, bo cena była wyjątkowo atrakcyjna. W kolejny weekend sprowadziłam się do niego, chociaż nie wyobrażałam sobie życia pod jednym dachem z mężczyzną – wspomina.

- W sensie, nie z obcym mężczyzną. Przecież wiadomo, jacy potrafią być i jak to wygląda. Ostatnie pół roku studiów spędziłam właśnie z nim. Na początku się nie narzucał, czasami zapominałam, że w ogóle ze mną mieszka. Faktycznie wracał późno wieczorem, zawsze zamienił ze mną kilka słów, ale nie wchodził mi na głowę. Ale szybko się zaczęło. Każdy weekend to inna dziewczyna, którą przepuszczałam rano do łazienki. Kiedy był głodny, nie miał oporów, żeby zaproponować wspólny obiad. Pod warunkiem, że to ja coś ugotuję. No i był strasznym syfiarzem, bo w ogóle nie dbał o porządek. I nie miałam wyjścia, bo jak chciałam kogoś zaprosić, to musiałam posprzątać wspólną kuchnię, łazienkę i przedpokój. A tam wszędzie leżały jego porozrzucane rzeczy i wszystko, co wypadło mu z ust lub z niego spadło. Zaczął traktować mnie jak służącą. W rozmowach przepraszał, obiecywał, że się ogarnie, ale nic z tego. Już nie wspomnę o sytuacji, kiedy przyłapałam go w krępującej sytuacji. Nie, to nie było dla mnie. Znowu musiałam czegoś poszukać – mówi nam.

PORZĄDEK MUSI BYĆ

Kolejna współlokatorka, w kolejnym mieszkaniu, bardzo pozytywnie zaskoczyła Izę. W życiu nie widziała tak czystego mieszkania, w którym wszystko ma swoje miejsce. Po miesiącach walki z bałaganiarzem, ta opcja wydawała się najlepsza. - Kiedy tam weszłam po raz pierwszy, dosłownie oślepłam. Podłogi tak się błyszczały, że raziły po oczach. Wszystko poukładane, urządzone ze smakiem, lokatorka bardzo konkretna i wychowana. Nigdy nie miałam problemu z zadbaniem o własną przestrzeń, więc się zdecydowałam. Okazało się, że jednak nic nie potrafię i jestem jeszcze gorsza od chłopaka, z którym do tej pory mieszkałam. Przynajmniej jej zdaniem – wspomina.

- Kiedy już lepiej się poznałyśmy, przestała zgrywać taką miłą i wyrozumiałą. Dosłownie mówiła mi, co mam danego dnia posprzątać, jakich środków do tego użyć i jak powinno to wyglądać. Doszło do tego, że przestałam jadać w kuchni, bo bałam się, że nakruszę. W weekendy budziła mnie o 8 rano muzyką, bo wtedy zaczynała sprzątać. To był jej żywioł. Co tydzień myła okna, odkurzała co 2 dni, ciągle myła lustro w łazience. Oczywiście wymagała tego samego. Skoro ona wypucowała okna i wyprała swoje firanki, to ja nie mogę być gorsza. Raz się zbuntowałam, zatkałam sobie uszy i przespałam weekend. W poniedziałek, kiedy wróciłam z pracy, zobaczyłam, że wzięła sprawy w swoje ręce. W oknach nie było firanek i zasłon, odkurzacz stoi na środku pokoju, kołdra i poduszki bez poszewek. Posprzątała za mnie mój własny pokój. To byłoby miłe, gdyby nie było straszne. Tego było już za wiele. Skończyło się awanturą i później już za dużo ze sobą nie rozmawiałyśmy. Wreszcie sama się wyprowadziła – opowiada Iza.

NA CUDZY RACHUNEK

Ostatnia współlokatorka Izy stwarzała dobre wrażenie. Komunikatywna, konkretna, zaradna. Zapewne mieszkałyby razem do dzisiaj, ale los zdecydował inaczej. - Myślałam, że wreszcie trafiłam na kogoś, kogo mogę w pełni zaakceptować. Szanowała moją prywatność, nie mieszała się w moje sprawy, a równocześnie mogłyśmy spędzać razem czas, rozmawiać, oglądać filmy. Czasami wychodziłyśmy razem na miasto. Była nie tylko lokatorką, ale także dobrą koleżanką. Obie pracowałyśmy, ale starałyśmy się nie być sobie obce. Raz jedna przygotowywała obiad, raz druga. Sprzątanie wspólnej przestrzeni też na zmianę. Nie było zupełnie żadnych problemów i zgrzytów. Do czasu, kiedy została zwolniona z pracy – wspomina.

- Byłam pewna, że szybko coś sobie znajdzie i jakoś damy sobie radę. Zresztą, mówiła, że ma jakieś oszczędności, więc nie będzie zalegała z opłatami. Kolejny czynsz zapłaciłyśmy jeszcze wspólnie, ale czas mijał, a ona siedziała w domu bez żadnego zajęcia. Może byłam naiwna, ale kolejne 3 miesiące jej zasponsorowałam. Za każdym razem to samo – wiedziałam, że nie zarabia, więc nawet nie pytałam i płaciłam. Nie było łatwo, bo nagle wydawałam dwa razy więcej i nic z tego nie miałam. Wierzyłam, że szybko się ogarnie, zacznie zarabiać i kiedyś mi odda. Ale to nie była tylko kwestia czynszu. Ona musiała jakoś żyć. Musiałam częstować ją jedzeniem, zauważyłam, że znikają moje kosmetyki. Lubiłam ją, ale tak się nie dało już dłużej. Ciągle musiałam się do tego dokładać, a też nie śpię na pieniądzach. Wypowiedziałam jej umowę i wróciła do rodzinnego domu. Od tego czasu mieszkam sama i jakoś daję radę. Zawsze to lepsze, niż utrzymywanie obcej osoby – twierdzi Iza.

koleżanka

PEŁNA KONTROLA

Pierwsza współlokatorka Izy była jej rówieśnicą. Młoda, w nowym mieście, rozpoczynająca studia. Wydawało się, że mogą zostać przyjaciółkami i spędzić razem najbliższych kilka lat. Nasza rozmówczyni wytrzymała tylko rok, choć i tak wiele ją to kosztowało. - Myślałam, że to normalna dziewczyna, taka jak ja i jakoś się dogadamy. Byłyśmy młode, więc poszłyśmy na żywioł. Zamieszkamy razem, a reszta wyjdzie w praniu. Nie ustalałyśmy żadnych zasad. Wtedy nawet nie pomyślałam, że tak można. Zawsze liczyłam się ze zdaniem innych i ich prawem do prywatności, ale ona miała to zupełnie gdzieś. Przy niej prawie nabawiłam się nerwicy, bo miałam wrażenie, że ciągle mnie obserwuje i wie dosłownie wszystko – mówi Iza.

- Kilkakrotnie przyłapywałam ją na tym, że wchodzi do mojego pokoju bez pozwolenia. Po powrocie z uczelni lub imprezy ciągle miałam wrażenie, że ktoś grzebał w moich rzeczach. Wszystko było poprzestawiane, szuflady niedomknięte, rzeczy leżały zupełnie inaczej. Mało tego, kiedy przychodziłam do domu z jakąś koleżanką lub dzwoniłam do domu, ona chyba siedziała w pokoju obok ze szklanką przy uchu. Pamiętam, jak powiedziałam jej, że wyjeżdżam do domu  tego i tego dnia, a ona mi odpowiada, że już wie. Skąd? Rozmawiałam o tym z mamą dzień wcześniej. To było traumatyczne przeżycie. Wreszcie skończyło się awanturą, wszystkiemu zaprzeczyła i uniosła się honorem. Musiałam poszukać kogoś nowego – wspomina.

koleżanka

CHWAŁA PANU

Mieszkanie w centrum miasta, przystępna cena, wysoki standard. Znalezienie chętnych nie było trudne. Iza zdecydowała się na spotkanie ze starszą o kilka lat dziewczyną, która kończyła studia. Miła, uśmiechnięta, opanowana. Raczej skryta i cicha, ale w tym przypadku to wyłącznie zalety. - Dobrze jej z oczu patrzyło, więc szybko się dogadałyśmy. Sprowadziła się bez żadnych problemów, kiedy byłam na zajęciach. Wracam, a ona już urządzona, siedzi u siebie i coś tam czyta. Byłam pewna, że będzie nam się dobrze razem mieszkało. Później okazało się, że ona tak czyta codziennie i zawsze tę samą książkę. To była Biblia. I choć może to dziwnie zabrzmieć, pomiędzy nami stanęło właśnie Pismo Święte – Iza nie kryje uśmiechu.

- Ten spokój był bardzo pozorny, bo kiedy zaczynała mówić o swojej głębokiej wierze, wtedy zmieniała się nie do poznania. Ostentacyjnie modliła się przy stole, kiedy jadłyśmy obiad, wszędzie rozrzucała jakieś religijne książki. Myślała, że sięgnę po którąś z nich, ale się przeliczyła. Wtedy zaczęły się umoralniające rozmowy. Pytała, czy wiem, jaki jest sens mojego życia i dokąd zmierzam. Nie wdawałam się w te dyskusje i zasugerowałam, że to moja prywatna sprawa. Zrobiła się nieznośna. Do dzisiaj pamiętam jej krzyki zza ściany, kiedy wieczorem oglądałam jakiś film, albo ktoś do mnie przychodził i trochę głośniej rozmawialiśmy. Ona wymagała ciszy codziennie po 21. Wtedy studiowała Biblię. Wyprowadziła się sama po dwóch miesiącach. Powiedziała, że nie ma tu atmosfery do rozwoju duchowego. Całe szczęście! - twierdzi nasza rozmówczyni.

Komentarze (58)

Ocena: 5 / 5
k. (Ocena: 5) 22.11.2013 23:23
Ja mialam kilka wspollokatorek. Dwie trafiły mi się świetne, z jedną mieszkam do dzisiaj i jest w miarę ok, chociaż wkurza mnie to, że robi syf w łazience, że obgaduje każdego naokoło i donosi na innych. Miałam jedną, która za bardzo się rządziła i czuła się jak u siebie w domu, irytowała mnie bardzo, no i jeszcze kolejne dwie, uwielbiały spraszać codziennie po min. 5 osób i przesiadywać we wspólnych pomieszczeniach + non stop były w kuchni i nocowały masę osób bez pytania. Ale mogłam trafić gorzej i nie narzekam ;)
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 18.11.2013 20:55
Ja żałuję, że po kilku miesiącach znajomości zaproponowałam koleżance ze studiów wspólne dzielenie pokoju. Skusiła mnie większa oszczędność. Zresztą dobrze się dogadywałyśmy i zlitowałam się nad nią, bo mieszkała w akademiku i ciągle narzekała na współlokatorkę. Męczyła się niemiłosiernie tam. Po 3 latach wspólnego mieszkania tak zmanipulowała naszych wspólnych znajomych, że nie miałam z nimi o czym rozmawiać. Pseudo "PRZYJACIÓŁKA", która w moim odczuciu zaczęła mi z czasem zazdrościć, że zawieram nowe znajomości, że umawiam się z chłopakami, że potrafię z każdym żartować i z każdym dobrze się dogaduję. Wtedy poznałam nowych wspaniałych przyjaciół i przy okazji mojego obecnego męża :-) Po 5 latach dowiedziałam się od kilku osób, że nie chcieli mnie zaprosić gdzieś bo zawsze ONA chodziła za mną jak cień. Morał? Nie litujcie się nad sympatycznymi niby zaradnymi, ale osamotnionymi koleżankami, które niby świetnie się znajdują w gronie przyjaciół a pokerowa twarz i niewyparzony ozór to jej drugie imię. Słyszysz, że koleżanka nadaje na kogoś? w końcu przyjdzie i na Ciebie pora :-)
odpowiedz
Trusia (Ocena: 5) 18.11.2013 13:02
Na pierwszym roku studiów zamieszkałam w dużym mieszkaniu studenckim, i to był koszmar. Przez nasze mieszkanie przewinęła się nimfomanka, alkoholik, paker z siłowni który tłukł swoją dziewczynę, laska bez pracy, którą utrzymywał chłopak w zamian za seks i pieniądze na mieszkanie, zwariowany hodowca gryzoni, homoseksualista który gustował w arabach... Myśałam, że wynajmowanie mieszkania to najgorszy koszmar. Potem trafiłam na właścicielkę, z którą mieszkałam już do końca studiów, i wszystko układało się bajecznie. Trzymam kciuki za wszystkich, którym się nie poszczęściło w wyborze współlokatorów - na pewno w końcu traficie na kogoś spoko!
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 17.11.2013 19:56
też mi coś - ja o 4 lat mieszkam z róznymi obcymi ludźmi na studiach (co roku kto inny) i nie narzekam :/ wielkie mecyje... conajmniej 80% studentów tak żyje
zobacz odpowiedzi (1)
Anonim (Ocena: 5) 17.11.2013 15:16
teraz widzę jakie miałam szczęście miałam fajną współlokatorkę z którą się zaprzyjaźniłam mimo dzielących nas różnic w charakterach:) teraz po skończeniu studiów wciąż utrzymujemy kontakt
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo