Od kilku lat pracuję w handlu. W różnych branżach, bo zaczynałam od sklepu spożywczego, później był market budowlany, a teraz salon odzieżowy. Codziennie spotykam setki klientów i staram się wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej. Tak naprawdę wszystko zależy od ich nastawienia. Jeśli są mili i wyrozumiali, to wszystko mogą ze mną załatwić. Ale jak przychodzą naburmuszeni i uważają mnie za podczłowieka, to robi się nerwowo i przykro.
Zobacz również: „Sąsiadce przeszkadza moje dziecko. Zostawiła mi paskudny list na wycieraczce” (Historia Karoliny)
Oczywiście nie mogę dawać tego po sobie znać. Klient nasz pan, więc z uśmiechem na ustach mam znosić nawet największe upokorzenia. Ale muszę też uczciwie przyznać, że z chamstwem spotykam się coraz rzadziej. Polacy w większości potrafią się zachować. Tylko to nie jedyny problem. O wiele częściej muszę użerać się z ich dziećmi, które potrafią być naprawdę straszne. I mówię to jako osoba, która ma w rodzinie kilka maluchów i sama chce zostać mamą.
Nie wiem z czego to wynika. Może one nie mają dobrych wzorców albo są za bardzo rozpieszczone. Tak czy owak, kłopotów z nimi więcej, niż z dorosłymi kupującymi.
fot. Unsplash
Oczywiście nie jestem tego w stanie policzyć, ale ok. 1/3 odwiedzających sklep każdego dnia to dzieci. Przychodzą ze swoimi rodzicami albo dziadkami. Najczęściej mają po kilka lat. Słodko? Tak może twierdzić tylko osoba, która nie musi się z nimi użerać. Muszę użyć takiego brzydkiego słowa, bo trudno to inaczej nazwać. One nie mają żadnego szacunku dla obcych i ich pracy. Potrafią tak dać w kość, że człowiekowi chce się płakać. A ja jako profesjonalna ekspedientka nie mogę upomnieć, tylko muszę to znosić.
Żeby nie było - nie mam pretensji do malucha, że nie potrafi się zachować. Ktoś dorosły go przyprowadził do sklepu, a wcześniej wychowywał. To rodzic czy dziadek ma wziąć odpowiedzialność za swoją pociechę. Ale wcale się do tego nie garnie. Mam wrażenie, że to dzieci rządzą w tych rodzinach i mogą wszystko. Krzyczą, biegają, zrzucają wieszaki, plują, płaczą, bawią się w chowanego między ubraniami. Jak takie tornado wpadnie, to nie ma co zbierać.
A ja mam się temu spokojnie przyglądać i jeszcze poklepać po główce, że taki słodki maluch mnie odwiedził. W głębi duszy najchętniej dałabym mu jednak klapsa i przywołała do porządku.
Zobacz również: „Dziecko koleżanki zniszczyło mi laptopa. Zwykłe przeprosiny nie wystarczą, powinna zwrócić mi pieniądze!”
fot. Unsplash
Dorośli bywają różni, ale jeszcze jako tako potrafią się zachować. Nawet największy cham wie, co w sklepie wypada, a co nie. Z dzieckiem jest gorzej, bo mu nie wytłumaczysz. Jak ktoś nie potrafi wychować własnej pociechy, to potem są takie efekty. Najbardziej denerwuje mnie krzyk i płacz. Po kilku godzinach głowa od tego pęka. Nie znoszę też, jak biegają między regałami i wieszakami, a opiekun uważa to za normalne. Mają też lepkie rączki - muszą dotknąć wszystkiego. Zwłaszcza ciuchów, które dopiero co złożyłam i ładnie położyłam na półce.
Często uniemożliwiają rodzicom mierzenie, bo ci ledwo zasłonią kotarę, a ten mały diabeł już wybiega ze sklepu. Po drodze siejąc prawdziwe spustoszenie. Dzieci bywają też bardzo bezczelne. Sama wiele razy usłyszałam z ust kilkulatka, że jestem gruba, brzydka i nic nie potrafię. Czasami ku uciesze odpowiedzialnych za niego dorosłych.
Maluchy wprowadzają w takich miejscach naprawdę bardzo nerwową atmosferę. Moim zdaniem nie powinny być ciągane do takich miejsc, bo tylko się nudzą. Uniemożliwiają normalne zakupy swoim opiekunom, jak i innym klientom. A personelowi szargają nerwy. Lepiej zostawić je w domu.
Zobacz również: Ona tak bardzo nie lubi dzieci, że zdecydowała się na STERYLIZACJĘ. A ma dopiero 30 lat...
fot. Unsplash
Wiem, że różnie bywa i nie zawsze jest taka możliwość, ale rodzice z dziećmi to w galeriach handlowych plaga. Chodzą tam z nudów, żeby zabić czas i dostarczyć sobie trochę rozrywki. Szkoda, że kosztem pracowników. Ja wolałabym oddać malucha pod opiekę specjalnego punktu i zrobić sobie spokojnie zakupy. On się pobawi z rówieśnikami, a ja załatwię to, co muszę. A jeszcze lepiej zostawić go w domu z małżonkiem albo dziadkami. Nie wierzę, że nie da się tego zorganizować.
Co to za przyjemność biegać po sklepie za własnym dzieckiem i nie móc nic spokojnie obejrzeć czy przymierzyć? Zwłaszcza jak urwis zupełnie nie potrafi się zachować. Taki salon jak mój powinien być przeznaczony tylko dla dorosłych. Najlepiej z zakazem wstępu dla maluchów. Wiem, że to nie przejdzie, ale może chociaż skłonię do myślenia niektórych.
Jak już pchacie się do galerii całą rodziną, to chociaż panujcie nad pociechą. Ona musi wiedzieć, że sklep to nie plac zabaw, gdzie można zrobić i powiedzieć wszystko. Największy żal mam do rodziców, którzy widzą skandaliczne zachowanie, ale w ogóle nie reagują. Albo od niechcenia mówią „nie rób tak”. Zazwyczaj dziecko ma to w nosie.
Marta