LIST: „2 lata, 10 prób, a ja nadal nie mam prawa jazdy! Za tydzień kolejny egzamin”

Gosia czuje, że będzie dobrym kierowcą, ale traci nadzieję.
LIST: „2 lata, 10 prób, a ja nadal nie mam prawa jazdy! Za tydzień kolejny egzamin”
12.03.2014

Drogie Czytelniczki...

Nie wiem na co liczę, ale chciałabym napisać o swoim problemie. Mam 20 lat, studiuję to, co lubię, szczęścia w miłości raczej jeszcze nie doświadczyłam, ale naprawdę wszystko jest w porządku. Mam znajomych, plany na przyszłość, wsparcie rodziny, nie klepię biedy, a jednak od dwóch lat towarzyszy mi ciągły niepokój, czasami wręcz przerażenie, a na pewno wstyd. Wszystko przez głupi egzamin na prawo jazdy, z którym nie mogę sobie poradzić. W teorii jestem świetna, na lekcjach doszkalających radzę sobie dobrze, ale jak przychodzi ten dzień, to kompromituję się na każdym kroku. A nawet jeśli uda mi się nad sobą zapanować, to i tak nic nie daje. Albo jestem beznadziejna, albo sama już nie wiem.

Mało znaczący egzamin urósł do rozmiarów potężnego problemu, prawie rodzinnego. Wszyscy o tym mówią. W domu ogromne ciśnienie, żeby WRESZCIE się udało. Dalsza rodzina, jak tylko się z nimi widuję, to też wypytuje tylko o to. Znajomi chcą się dowiedzieć, kiedy mam następny termin. Przestało się liczyć całe moje życie. Mam wrażenie, że ono zależy od tego, czy uda mi się zdobyć ten papier. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale takie mam wrażenie. Do tego czasu miałam jeszcze na to siłę i próbowałam. Teraz naprawdę chciałabym dać sobie z tym spokój i odetchnąć, ale wiem jakie będą komentarze...

 

prawo jazdy

Mama ma na to jedną receptę. Radzi, żebym wreszcie dała sobie spokój, bo w końcu „nie każdy musi być kierowcą”. Tak, ona sporo o tym wie, bo wiele lat temu w jakiś dziwny sposób zdała prawko, ale nigdy później nie siedziała sama za kierownicą. Egzamin dla samego egzaminu, który kompletnie na nic jej się nie przydał. Teraz ma tatę, który wozi ją na każde zawołanie, więc na pewno nie wróci na drogę. Jak wracam do domu po wszystkim (zabroniłam im ze mną jeździć na egzamin, bo mnie jeszcze bardziej stresują), to ona nawet na nic nie czeka. Od razu mówi, że to nie koniec świata i nie powinnam się przejmować. Ale jeśli chcę, to zaraz da mi pieniądze i opłacę sobie kolejną próbę.

Z tatą jest jeszcze gorzej i nie wiem, czy to nie przez niego mam takie ciśnienie na tym punkcie. On twierdzi, że dzisiaj człowiek bez prawa jazdy może czuć się na równi z NIEPEŁNOSPRAWNYMI. Trzeba być mobilnym, a nie uzależnionym od kogokolwiek. I to jak najwcześniej, bo jak nie zdam w tym wieku, to przecież później będzie coraz gorzej. A wtedy pewnie dam sobie z tym spokój i nic z tego nie będzie. Tak więc mam mamusię, której wszystko jedno i tatusia, który mocno naciska. Nie wiem czy w takim układzie można zrobić coś dobrego.

prawo jazdy

Na pewno to nie wygląda w ten sposób, że ojciec mnie zmusza i tylko on marzy o moim prawku. Ja sama wyobrażam sobie, że wsiadam w samochód i jadę przed siebie. Do koleżanki, podwożę mamę na zakupy, cokolwiek. Jestem samodzielna i sprawia mi to przyjemność. Bo ja naprawdę chciałabym mieć to za sobą. Uważam, że potrafię jeździć, nie będę stwarzała zagrożenia na drodze i wszystko będzie ok. Gdybym nie miała takiego poczucia, to nawet bym się nie zbliżała do samochodu.

Za ponad tydzień kolejny egzamin. Ciekawe, czy będzie jak zwykle...

Gosia

prawo jazdy

Zaraz usłyszę, że to przecież żadna filozofia. Każdy kto chce, ten wreszcie zdaje. Za pierwszym, trzecim, może piątym razem. Ale zdaje. Ja męczę się już tyle czasu, że to dla mnie wcale nie jest coś tak zwykłego. Sama łapę się na tym, że mówię do siebie „zrób to wreszcie, wszyscy patrzą”. I efekty są takie, że presja nie pozwala mi na osiągnięcie sukcesu. Mam za sobą około 10 nieudanych prób. Doszło do tego, że instruktor od jazd doszkalających jeszcze przed egzaminem umawia się ze mną na kolejne spotkania. On też już nie widzi nadziei, chociaż przy nim radzę sobie za kółkiem naprawdę bardzo dobrze! Podobno nigdy nie spotkał się z taką sytuacją.

Mówił, że zdarzali się zdolni, których zjadał stres i męczyli się kilka razy, zanim się udało. Byli też beznadziejni, których bałby się wypuścić na ulicę, którzy zdawali za pierwszym razem. Ale nigdy nie miał do czynienia z tyloma próbami, chociaż widzi, że daję sobie radę za kółkiem. Myślałam nawet o zmianie instruktora, ale to chyba niewiele da. Jego wszyscy uczniowie dają sobie radę, więc to raczej nie jest problem z nim, a tylko ze mną. No i ta męcząca atmosfera w domu. Niby wspierają, ale tak, że odechciewa się wszystkiego.

prawo jazdy

Prawda jest taka, że każdy kolejny egzamin wygląda w moim wykonaniu o wiele gorzej. Za pierwszym razem byłam wyluzowana, bo stwierdziłam, że co ma być, to będzie. Teoria prawie bezbłędnie. Szybko na plac, odpaliłam auto i zrobiłam swoje. Wtedy pomyślałam, że powinno być dobrze. Egzaminator wziął mnie na miasto i przez 10 minut wykonywałam polecenia bezbłędnie. No i byłam coraz bardziej pewna, że nauka nie poszła w las. Uda się, jak nic. No i kazał mi zmieniać pasy przed rondem. Zły manewr, linia przerywana, której nawet nie zauważyłam i po wszystkim. Chyba za dobrze mi szło i wiedział jak to przerwać.

Przy kolejnych podejściach było różnie. Dwa razy nie wyjechałam na miasto, bo źle ustawiłam lusterka i minimalnie najechałam na słupek. W pozostałych przypadkach opuszczałam plac i znowu jakieś głupie błędy. Nigdy nie wymusiłam pierwszeństwa, nie spowodowałam niebezpiecznej sytuacji, instruktor nie musiał za mnie hamować. Tylko jakieś bzdury. A to za krótko świecił się kierunkowskaz, a to znowu jakaś linia. Wszyscy kierowcy zaliczają takie małe wpadki, ale wiadomo, że na egzaminie trzeba zrobić wszystko idealnie. Kiedy zbliżałam się do dziesiątego razu, wcale nie było coraz lepiej.

prawo jazdy

Nie wiem jak to się skończy, ale nie mam dobrego przeczucia. Albo ja się wreszcie załamię, albo ojciec stwierdzi, że koniec zabawy i nie ma sensu wyrzucać pieniędzy w błoto. Obydwie sytuacje są tak samo prawdopodobne. Mnie się ten egzamin już śni po nocach, więc coś tu jest nie tak.

Nigdy nie miałam problemów z takimi sytuacjami. Matura – pryszcz, zero stresu, chociaż inni mdleli ze strachu. Pierwszy egzamin ustny na studiach – sama się zgłosiłam, zrobiłam swoje, a inni bali się podejść. Nie boję się publicznych wystąpień, łatwo nawiązuję kontakty, wierzę w siebie. A tutaj zupełna porażka. Niby tylko ja i instruktor, ale zupełnie odbiera mi rozum. Może tata za bardzo naciska, może ze mną jest coś nie tak...

 

prawo jazdy

Mam wrażenie, że cofam się w rozwoju, bo ostatnio miałam nawet problem z odpaleniem silnika. Kluczyk się przyblokował, ja się szarpię, on patrzy na mnie jak na idiotkę. Zrobiło mi się głupio i później już wszystko poszło źle. Usłyszałam tylko, że „po tylu razach powinnam już umieć uruchomić pojazd”. Wyszłam, rozpłakałam się i nawet nie pytałam o kolejny termin. Dopiero po kilku dniach ojciec mnie tam zawiózł i znowu się zapisałam. Prawie miesiąc czekania. Ja już nawet nie potrafię mijać tej okolicy spokojnie. Jak widzę ośrodek egzaminacyjny, to dosłownie mam mdłości. Źle mi się to miejsce kojarzy i co na to poradzę. To tam straciłam wiarę w siebie, stresowałam się jak nigdy w życiu i tam wydałam tyle pieniędzy, że strach liczyć. Jeśli znacie stawki za egzamin, to możecie sobie policzyć...

Mój instruktor też nieźle sobie na mojej głupocie dorobił, bo jazdy doszkalające to kilkadziesiąt złotych za godzinę. A ja brałam sporo, bo musiałam i dodatkowe, bo „chciałam”. Bardziej chciał tata, ale nie buntowałam się, bo w końcu on płaci.

 

Komentarze (146)

Ocena: 5 / 5
Kasia (Ocena: 5) 16.05.2014 10:55
Gosiu! Rozpoczęłam kurs w sierpniu 2012 roku. Poszło szybko, pierwszy egzamin- wrzesień 2012. Klapa. Pomyślałam sobie ,,nie ten, to kolejny". Ale tych kolejnych było coraz więcej. I podobnie jak u Ciebie- coraz gorzej. Ciągłe pytania, kiedy egzamin, jak poszło, w końcu zdasz przyprawiały mnie o drgawki. Ale postanowiłam, że nie odpuszczę! 10 razy. 10 stresujących okropnych dni. Otoczenie nie rozumiało. 10 egzamin. 8.01.2014. Przed egzaminem, 7.01. na setnych jazdach doszkalających puściły mi nerwy. Przez łzy wykonywałam kolejne manewry, samochód zgasły trylion razy- mało obiecująca prognoza na kolejny, jutrzejszy egzamin. 8.01. stawiłam się w ,,ukochanym" WORD. Pomyślałam sobie pierwszy raz od 2012 roku- to ostatni raz, kiedy tu jestem. Udało się ! Wjeżdżając po egzaminie na teren ośrodka nie mogłam uwierzyć. Nie było spektakularnej radości a ulga, że nigdy więcej tu nie przyjadę. Radość pojawiła się w momencie, kiedy po 3 tygdniach odebrałam prawo jazdy i samochód, który kupiłam. Początki były trudne, ale słowa mojego taty, który powiedział, że to niemożliwe, że jeżdżąc tak dobrze miałam 10 podejść :) Nie wiem, czy udało Ci się zdać, mam nadzieję, że tak. Nie wiem, czy zajrzysz tu jeszcze, ale mogę dać Ci jedną, jedyną radę prosto z serca- do przodu za ciosem! Zrób wszystko, co możesz i zakończ to, co zaczęłaś. Utrzyj nos niedowiarkom, kpiącym znajomym, obojętnej mamie, którą zabierzesz swoim autkiem na zakupy i pokaż ojcu, że ,,baba za kierownicą" potrafi! :)
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 30.03.2014 12:37
ja zdałam z apierwszym razem
odpowiedz
drthr (Ocena: 5) 24.03.2014 18:19
Ja zdawałam w 2008 do dziś nie mam, dziękuje ci polsko ty qurvo.
odpowiedz
mala (Ocena: 5) 24.03.2014 02:13
zdawałam jakieś 3 czy 4 razy, potem odpuściłam, za wiele nerwów mnie to kosztowało i szkoda mi było ciągnąć kasę o taty, ale ile nieprzespanych nocy, wylanych łez i depresji przy tym było, to aż żal mi wspominać... obiecałam sobie, że za kilka lat, jak już sobie sama zarobię, to spróbuję jeszcze raz, ale kto wie, czy się odważę.
odpowiedz
majka (Ocena: 5) 23.03.2014 23:23
nieudane 3 próby wszystkie na luku, kilka lat przerwy i zdalam za drugim razem :)
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo