LIST: „Tak, mam 28 lat i jestem singielką. Nie wytykajcie mnie z tego powodu palcami!”

Aleksandra musi znosić niewygodne pytania i aluzje najbliższych.
LIST: „Tak, mam 28 lat i jestem singielką.  Nie wytykajcie mnie  z tego powodu palcami!”
18.12.2013

Szanowna Redakcjo,

chciałabym napisać kilka słów o mojej sytuacji. To nie jest tak, że samotność mnie dobija i od tego wariuję. Zdążyłam się do niej w jakiś sposób przyzwyczaić i już się tym tak bardzo nie przejmuję. Czekam na to, co przyniesie los. Oczywiście, miewam trudne chwile, kiedy zwyczajnie nie chce mi się żyć, ale staram się nie zwariować. Niestety, rodzina mi w tym za bardzo nie pomaga. Tak jak we wszystkim zawsze mogłam na nich liczyć, tak teraz z niezrozumiałych dla mnie powodów próbują mnie za wszelką cenę pogrążyć. A wystarczyłoby trochę wyobraźni... Nie zastanawiają się nad tym, jak bardzo mnie ranią.

Kiedyś byłam ukochaną córeczką, starszą siostrą, prawie wzorem do naśladowania. Dobrze się uczyłam, dostałam się na wymarzone studia i nie sprawiałam żadnych problemów. Ktoś miał jakiś kłopot – od razu starałam się pomóc. Wydaje mi się, że byłam chyba zbyt dobra, bo teraz się to na mnie mści. Ola nigdy się nie denerwowała, więc można w Olę uderzyć. Nie wiem, czy tak na to patrzą, ale efekt jest właśnie taki. Przy każdej możliwej sytuacji próbują mi wmówić, że do niczego się nie nadaję.

 

Ja dalej sama. Czasami mam wrażenie, że zabierają mnie ze sobą z litości. Oni idą za rączki, ja gdzieś z tyłu muszę się im przypatrywać. Ale przynajmniej tak na mnie nie naciskają i nie robią mi przykrości. W domu od razu padają pytania, czy przypadkiem kogoś dzisiaj nie poznałam.

Ostatnio usłyszałam od taty coś, co już zupełnie mnie wytrąciło z równowagi - „myślałem, że przed trzydziestką ułożysz sobie życie, ale nic z tego nie będzie”. No tak, bo moje życie nie jest ułożone. Leży i kwiczy.

singielka

To znaczy, do studiowania, pracy, sprzątania i tym podobnych rzeczy jestem jak znalazł, ale równocześnie jestem uczuciową kaleką. Wiem, jak jest, ale to nie powód, by ciągle mi to wypominać. Zawsze byłam nieśmiała, ale przez to ich gadanie będzie tylko gorzej. Już nie jestem córką i siostrą, ale jakąś niedorozwiniętą starą panną, która nie potrafi sobie znaleźć faceta. Spisali mnie na straty. Ślubu nie będzie, dzieci też, więc po co w ogóle się mną przejmować... Ale gadają dalej. Niby jestem dla nich ofermą, ale zamiast dać mi spokój, uderzają coraz mocniej.

Przy każdej możliwej okazji, czy to imieniny, urodziny, albo święta, rodzice i siostra życzą mi, żebym znalazła sobie faceta. Albo mówią wprost, żebym przypadkiem nie została starą panną. Choć już nią jestem, według nich. Kiedy spędzamy razem czas i siostra przychodzi z chłopakiem, mama ciągle mówi coś w stylu „daj Boże, żebyś ty też tak trafiła” albo „mam nadzieję, że kiedyś ty też kogoś przyprowadzisz”. To nie jest wcale pocieszające.

singielka

Ostatnio dzwoniła do mnie babcia z okazji urodzin i oczywiście też nie obyło się bez takich prztyczków. „Zobacz kochanie, jak ten czas szybko leci, a ty taka sama, samiutka”. Ciągle muszę wysłuchiwać tych głupich powiedzonek. Komu to ma pomóc? Mnie? Przecież nie wybrałam sobie takiego życia. Próbowałam, pomimo mojej niepewności, ale po prostu mi nie wyszło. Dalej bardzo chcę się zakochać i stworzyć normalny związek. To nie jest moja decyzja, że będę singielką i mam wszystkich facetów głęboko gdzieś. Gdybym mogła, zmieniłabym to już dzisiaj. Ale na razie mi się to nie udaje.

Kiedyś blokowała mnie moja nieśmiałość, a dzisiaj sama już nie wiem. Próbowałam nad sobą pracować. Bardziej denerwuje mnie to rodzinne oczekiwanie, aż wreszcie pojawię się w czyimś towarzystwie. Oni tylko czekają na jakieś wieści. Zacznie się ocenianie, czy to fajny facet, czy może wybrałam sobie byle kogo, byle zmienić swoją sytuację. To jest zwyczajna presja, której nie daję rady. Wierzyłam, że to się wreszcie odmieni, ale przez to gadanie sama zaczynam patrzeć na siebie jak na starą pannę.

W życiu miałam dwóch chłopaków. Jeden był jeszcze w liceum, ale to był raczej dziecinny związek. Chodziliśmy za rączkę, odrabialiśmy razem lekcje, jeździliśmy na rowerach i tyle. Byliśmy nie ze sobą, ale obok siebie. Fajnie było mieć kogoś, więc go miałam. Nic poważnego, więc szkoła się skończyła, to ten „związek” też. Na studiach było już inaczej, bo czekałam na wielką miłość. Wszystkie znajome już kogoś miały, więc mnie też musi coś takiego spotkać. Ale nie spotkało. Albo zajęci, albo zwykłe palanty, z którymi nie miałam nic wspólnego. Picie, olewanie nauki i ciągłe kombinowanie mi nie imponowało.

Wreszcie spotkałam drugiego chłopaka, z którym mogę powiedzieć, że „byłam razem”. O 2 lata starszy, już pracujący, zaradny, inteligentny. Nawet ze sobą pomieszkiwaliśmy, ale rodzina nigdy go nie poznała. Studiowałam w innym mieście i jakoś nie było okazji. Oni oczywiście twierdzą, że nikogo takiego nie było, bo przecież jestem upośledzona. Albo, co wszystko by tłumaczyło, jestem lesbijką. Skończyłam studia, nie miałam pomysłu na siebie, nasz związek powoli się rozpadał, więc wróciłam do domu. Nigdy mi tego nie powiedzieli, ale oni postrzegali to jako moją porażkę.

Kolejnego faceta już nie było. Znajomi próbowali mnie na siłę swatać, umawiać na randki i przedstawiać kogoś, kto powinien mnie zainteresować, ale nic z tego nie wychodziło. Albo nie iskrzyło, albo nikt nie potrafił zrobić pierwszego kroku i znajomość się rozlatywała. Dalej mam z tym problem. Nie mam wystarczającej odwagi, nie wiem, co mi wypada i jak „zostać czyjąś dziewczyną”. Nie mam szczęścia do facetów, bo jakoś żaden na mój widok nie padł na kolana i nie wyznał mi miłości. Sama się przecież nie będę wygłupiała. I tak wygląda moje życie. Praca, dom, czasami spotkanie ze znajomymi. A raczej ze znanymi parami.

 

Niestety, moim bliskim nie przychodzi do głowy, że te aluzje, ciągłe pytania i życzenia „znalezienia sobie kogoś wreszcie”, w żaden sposób mi nie pomagają. Jeszcze bardziej się pogrążam w swojej beznadziei. Gdyby chociaż oni we mnie wierzyli, to mogłabym się łudzić, że los się odmieni, ale skoro sami postrzegają mnie tak źle, to chyba naprawdę nie ma ratunku. Kilka dni temu dzwoniła moja ciocia, która mieszka w Niemczech. Zawsze wypytuje o wszystkich. Rozmawiała z nią moja mama. Najpierw opowiadała o firmie taty, potem o mojej siostrze i jej chłopaku, a później ciocia musiała zapytać o mnie. Skończyło się na „to co zwykle, szkoda gadać”.

Tak właśnie jestem postrzegana przez moją rodzinę. O Oli nie mówi się dobrze, bo „szkoda gadać”. Może skończyła dobrą uczelnię, ma stałą pracę, zainteresowania, ale co z tego, skoro nie ma faceta. Bez niego jest przecież nikim.

Aleksandra, 28 lat

Komentarze (67)

Ocena: 5 / 5
karola (Ocena: 5) 16.01.2014 15:40
Też jestem za tym abyś sie wyprowadziła od rodziców, a zapewne po tym jak już się wyprowadzisz znajdziesz sobie kogoś. Powiem Ci tak, że w dzisiejszych czasach gdy jesteś sama to znaczy, że jest z Tobą cos nie tak, a to nie prawda. Wiem bo jestem w podobnej sytuacji mam 21 lat i nie mam teraz faceta, za każdym razem gdy ktoś mnie pyta czy mam faceta i słyszy, że nie to widzę jego zdziwienie i słyszę " jak taka dziewczyna może nie mieć faceta". Bardzo nie lubię jak ktoś tak mówi, bo to że ktoś jest ładny i nie ma faceta to jest dziwne. A ja poporostu nie chce być z kimś tylko dlatego żeby być. Spotkałam wielu facetów, wielu przystojnych ale nudnych. Niektórzy mówią, że mam za duże wymagania ale nie poradze na to nic, że nie każdy mi się podoba. Nie chce już przelotnych związków, szukam kogoś z kim mogłabym spędzić resztę życia. Dlatego nie patrz na to co mówią Twoi bliscy miej swój rozum, a napewno kogoś wartościowego spotkasz.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 25.12.2013 14:17
28 lat i z rodzicami mieszka? O matko dziewczyno wyprowadź się od tych toksycznych ludzi,zacznij żyć na własny rachunek. Wiem o czym mówisz, byłam kiedyś w identycznej sytuacji, zawsze dobra, odpowiedzialna, jak czegoś nie wiesz to ja na pewno pomogę... no i nieśmiała. I jakoś faceci, których spotykałam kompletnie mnie nie interesowali. Rodzina postrzegała mnie jako kompletną życiową niedojdę, podejrzewali że jestem lesbijką, ale wiesz co zaczęłam się stawiać, jak ktoś pytał o chłopaka żartowałam sobie że facet kobiecie potrzebny jak rybie rower, po co mi dodatkowy kłopot i w ogóle niech się zajmą swoimi sprawami, do ślubu mi się nie spieszy dzieci to ja jeszcze długo mieć nie będę bo chcę poznawać świat mieć dobrą pracę itd. Oczywiście każdy wiedział że sobie żarty z nich stroję, więc przestali się czepiać i dogadywać, w końcu poznałam mężczyznę którego naprawdę kocham i czuję że mogłabym z nim spędzić resztę życia, więc postawiłam moją rodzinkę przed faktem dokonanym i kompletnie nie słucham, co teraz mają mi do powiedzenia, czyli że on na pewno jest taki i owaki... Ważne to wierzyć w siebie i w swoje możliwości, tak samo z pracą rodzice mówili że sobie nigdy z niczym nie poradzę, a teraz zarabiam więcej niż oni razem wzięci. Otaczaj się samymi pozytywnymi i nakręconymi ludźmi to naprawdę działa, a swoją drogą ci twoi znajomi też całkiem dziwni nie potrafią się nigdzie ruszyć bez swoich drugich połówek?
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 23.12.2013 16:19
Cześć! Chcecie wiedzieć, czy zasłużyliście na prezent od mikołaja w tym roku? ;)) Zapraszam na malutki quiz: kut.as/swieta2013 (wystarczy skopiować i wkleić link)
odpowiedz
...Kasia? (Ocena: 5) 20.12.2013 19:03
...Kasia?
odpowiedz
Isia (Ocena: 5) 19.12.2013 22:17
Też byłam w takiej sytuacji, ale dałam radę. Nie szukałam nikogo na siłę i sama ta osoba się znalazła. Poznaliśmy się zupełnie przypadkiem... chodziłam swego czasu do liceum dla dorosłych, do Progresu. Wracając kiedyś autobusem ze szkoły, dosiadłam się w autobusie do chłopaka i zaczęliśmy rozmawiać o książce, którą czytałam. Jesteśmy razem do dziś. Historia jak z bajki, ale prawdziwa. Cuda się zdarzają!
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo