„Moje własne 365 dni”. Historia Pauliny do złudzenia przypomina głośną powieść

Wiemy, jak to się skończyło.
„Moje własne 365 dni”. Historia Pauliny do złudzenia przypomina głośną powieść
Fot. Unsplash
15.02.2020

Skandalizująca książka Blanki Lipińskiej podbiła rynek i serca fanek. Jej ekranizacja, pomimo niegasnących kontrowersji, także radzi sobie wyjątkowo dobrze. To fenomen, który trudno wytłumaczyć, bo historia Massimo i Laury nie przypomina klasycznej historii miłosnej. Główna bohaterka nie zakochuje się od pierwszego wejrzenia, a jej wybranka trudno nazwać czarującym dżentelmenem.

Zobacz również: „365 dni” podbija kina. W premierowy weekend film obejrzała rekordowa widownia

Przewrotna fabuła okazała się kluczem do sukcesu, choć mało kto wierzy, że mogłaby się powtórzyć w prawdziwym życiu. To „bajka dla dorosłych” - czytamy w recenzjach. Ale czy to oznacza, że nie może mieć nic wspólnego z rzeczywistością? Paulina przekonuje, że przeżyła coś bardzo podobnego.

W jej przypadku nie ma mowy o porwaniu, mafii i przemocy, ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo. Tajemniczy nieznajomy złożył jej propozycję nie do odrzucenia.

Czytałaś? A może widziałaś już film?

Niedawno przejrzałam książkę, ale zrobiłam to już długo po tym, co sama przeżyłam. Zachęciła mnie do tego przyjaciółka, która zauważyła pewne podobieństwo z moją historią. Być może szczegóły się nie zgadzają, ale w gruncie rzeczy chodziło o to samo. Miałam pokochać faceta, który na początku wzbudzał we mnie wyłącznie negatywne odczucia. Wiedziałam, że to nie jest człowiek dla mnie.

Co było z nim nie tak?

Wygląd zupełnie nie szedł w parze z jego osobowością. Wydawał się strasznie namolny, a wręcz zdesperowany. W jego oczach widziałam obłęd. Narzucał się, osaczał, atakował ze wszystkich stron. Im bardziej mu zależało, tym mniej miałam ochotę na tę znajomość. A kiedy złożył mi propozycję, która do złudzenia przypomina tę z historii wymyślonej przez Blankę Lipińską, wtedy popukałam się po głowie. Bałam się.

Zrobiło się groźnie?

Na pewno nie tak, jak w książce. Nie wpadłam w ręce żadnej zagranicznej mafii, ani nawet polskiej. Nikt mnie nie przetrzymywał. Miałam pełną swobodę, choć i tak czułam się w pewnym sensie zniewolona. Wpadaliśmy na siebie niby przypadkiem, a tak naprawdę to on ciągle szukał okazji. Chciał mnie za wszelką cenę zdobyć, a ja na początku nie doceniałam tych starań. Pomyślałam sobie raczej, że to czubek.

Zobacz również: Jego twarz znają wszyscy. Kim jest Kamil Niziński, mężczyzna z okładki „365 dni”?

Brzmi to wszystko bardzo tajemniczo, więc zacznijmy od początku. Gdzie go poznałaś?

To była impreza u znajomych, choć jak dziś pytam, to nikt nie wie, skąd on się tam wziął. Na pewno nie był kumplem nikogo z mojej paczki. Raczej przyszedł z kimś, choć w sumie wypadło mi to z głowy i nie zdążyłam do dzisiaj zapytać. Faktem jest, że od razu wpadłam mu w oko i zaczęły się podchody. Nie dawałam mu żadnej nadziei. Kiedy się rozeszliśmy, myślałam że nigdy więcej go nie spotkam.

A jednak się pojawił.

Kilka razy niby przypadkiem, ale im więcej ich było, tym bardziej mnie przerażał. Kiedy w jakiś dziwny sposób zdobył mój numer i dowiedział się gdzie pracuję - pomyślałam sobie, że to typowy stalker. Powiedziałam mu o tym i wtedy na chwilę odpuścił. Jednak szybko wrócił. Denerwował mnie i nie byłam w stanie dostrzec w nim niczego dobrego. Podejrzany typek, który nawet mi się nie podoba.

Kiedy to się zmieniło?

Dużo wody musiało jeszcze upłynąć. Wreszcie dopadł mnie w knajpie i podstępem się dosiadł. To właśnie wtedy złożył mi propozycję, która zabrzmiała dziwnie. Ostatecznie zgodziłam się dla świętego spokoju, choć nie było to najrozsądniejsze z mojej strony.

Zdradź nam, czego chciał.

Stwierdził, że jesteśmy sobie pisani. On to doskonale wie, a ja dopiero muszę to zrozumieć. Jeśli tylko dam mu szansę i zgodzę się kilka razy spotkać, wtedy na pewno zmienię zdanie. Co prawda wizja randkowania z kimś takim wydawała mi się absurdalnym pomysłem, ale tak mnie urobił, że wreszcie się zgodziłam. Z nadzieją, że sobie odpuści. Był przekonany, że wystarczy kilka miesięcy, maksymalnie rok, żebym zobaczyła w nim kandydata na męża. Pomyślałam sobie wtedy, że może nie jest złym człowiekiem, ale na pewno pogubionym. Umowy mimo wszystko dotrzymałam.

W książce bohater miał dokładnie 365 dni na rozkochanie w sobie obiektu westchnień. A on?

Tak jak wspomniałam, mówił coś o roku, ale ja planowałam go spławić dużo wcześniej. Był zaprzeczeniem wszystkiego, czego szukałam w mężczyźnie, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Spotkaliśmy się kilka razy i zawsze w miejscach publicznych. Pomyślałam sobie - a niech się wygada. Może jak mnie lepiej pozna, to też mu przejdzie. Nic takiego się nie wydarzyło. To ja po 2-3 miesiącach wpadłam jak śliwka w kompot. Broniłam się, ale on naprawdę miał w sobie to coś.

Nadal jesteście razem?

Za chwilę minie rok, więc teoretycznie dopiero teraz powinnam podjąć decyzję. On jednak miał w sobie więcej uroku, niż podejrzewałam. Strasznie się narzucał i wreszcie osiągnął swój cel. Jednak takie podejście sprawdza się nie tylko w książkach. Na szczęście on nie jest kolesiem z półświatka i nigdy nie użył siły. Determinacji jednak mu nie zabrakło, a to kręci chyba każdą z nas.

Zobacz również: Zobacz, jak mieszka Blanka Lipińska. To naprawdę LUKSUSOWY apartament

Polecane wideo

Przystojniacy z filmu „365 dni”
Przystojniacy z filmu „365 dni” - zdjęcie 1
Komentarze (4)
Ocena: 3 / 5
gość (Ocena: 1) 27.02.2020 13:23
Niech autorka artykułu się ogarnie. Albo twierdzi że przeczytała książkę po jakimś czasie od rozstania ze swoim facetem, albo że są razem już rok.
odpowiedz
gość (Ocena: 5) 15.02.2020 22:01
Hehe , ja kompletnie nie wiedziałam o co chodzi w książce i filmie , myślałam że to tylko barabara całą książkę 😊 a to tylko koleś zabiegał o nią haha , dobra i to bo mam dość Momentów w serialach i filmach
odpowiedz
gość (Ocena: 1) 15.02.2020 07:15
Rozumiem ze ten szajs musicie promować, ale wymyślanie takich pierdów moglibyście sobie darować 😂
zobacz odpowiedzi (1)

Polecane dla Ciebie