Exclusive: Jestem śmiertelnie chora

Kasia nie jest pewna jutra, ale się nie załamuje.
Exclusive: Jestem śmiertelnie chora
11.01.2014

Na wiadomość o poważnej chorobie zareagować można bardzo różnie. Dla większości to ogromna trauma, która odbiera chęć do życia, ale są też tacy, którzy zaciskają zęby i mają tylko jeden cel – wyzdrowieć i pokazać wszystkim, kto tu rządzi. Niezależnie od indywidualnego podejścia, groźna diagnoza wywraca nasze życie do góry nogami. Drobne sprawy, które jeszcze przed chwilą zaprzątały nasze myśli, przestają mieć znaczenie. Liczy się wyłącznie przetrwanie.

Kasia o swojej chorobie dowiedziała się, jak to zazwyczaj bywa, przypadkowo. Nic jej nie dolegało, więc od dłuższego czasu nie miała potrzeby jakichkolwiek badań. Była jednak honorowym krwiodawcą. Oddawała krew regularnie, od kiedy tylko stała się pełnoletnia. Wiedziała, że w ten sposób pomaga innym, ale nie mogła przypuszczać, że pomaga także sobie. Rok temu rutynowe badanie przed pobraniem krwi wykazało, że coś jest nie tak. Wróciła do domu z zaleceniem, by zgłosiła się do internisty. Miesiąc później dowiedziała się, że to nowotwór.

- Mam raka. Dzisiaj wiadomo, że jest złośliwy i praktycznie nieoperacyjny. Kiedyś nie wypowiedziałabym tych słów, bo momentalnie się rozklejałam, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić – mówi nam Kasia. Z naszą bohaterką rozmawiamy nie o medycznych aspektach choroby, ale o jej nastawieniu, marzeniach i chwilach zwątpienia. Będziecie zaskoczeni, jak trzeźwo można patrzeć na rzeczywistość, kiedy niczego nie można być pewnym.

choroba

Pierwszy miesiąc po diagnozie wiązał się przede wszystkim z kolejnymi badaniami. Kasia nie pamięta już przez ile gabinetów się przewinęła. Kolejni lekarze traktowali ją raczej jako „przypadek”, a nie żywego, myślącego i przerażonego człowieka. Do tego też się przyzwyczaiła. Jak twierdzi, oni muszą być tacy, bo inaczej by zwariowali. Zdziwiła się, kiedy jeden z nich zaproponował jej operację. Nie liczyła na żadne propozycje. Była gotowa zgodzić się na wszystko, byle tylko zacząć coś robić z chorobą, która wyniszczała ją od środka. - Proponować to można obiad w restauracji, a nie jedyny sposób na przeżycie. Dzisiaj wiem, że tak trzeba, bo praktycznie całe ryzyko przerzuca się na pacjenta, ale wtedy brzmiało to na mnie śmiesznie. Miałam ochotę powiedzieć im wszystkim, żeby przestali mnie o wszystko pytać. Niech zaczną wreszcie działać – wspomina.

- Wtedy wydawało mi się, że jak przeżyję operację, to już będzie z górki. Później okazywało się, że może być gorzej i to nigdy się nie skończy. Chyba, że wreszcie wywiozą mnie nogami do przodu. Na szczęście się poddałam. Nie chorobie, ale lekarzom. Niech robią wszystko, co mogą. Cudów nie oczekuję, ale chciałabym jeszcze chwilę pożyć. Najgorsze było dla mnie to, że czułam się naprawdę dobrze i nie zauważałam żadnych objawów choroby. Objawy leczenia były za to widoczne i odczuwalne. Musiałam uwierzyć, że tak trzeba i dalej wierzę – twierdzi Kasia.

choroba

W swojej opowieści Kasia podsumowuje kolejne miesiące nierównej walki z nowotworem, ale wtedy chyba każdemu przejdzie przez myśl pytanie – a co wtedy działo się z rodziną, znajomymi, bliskimi? Nasza rozmówczyni wyraźnie się uśmiecha. Jak twierdzi, reakcje są tak różne, że trudno cokolwiek przewidzieć. - Byłam przekonana, że mama dosłownie się rozsypie. Zawsze o mnie dbała, była może nawet nadopiekuńcza. Córeczka to, córusia tamto. Dlatego najpierw powiedziałam o wszystkim tacie. Chciałam razem z nim porozmawiać z mamą. A tu się okazuje, że jest zupełnie na odwrót. Tata spanikował jak mały chłopiec. Płacz, nerwowy uśmiech, dziwne tiki i tak na zmianę. To ja musiałam go uspokajać. A mama, jak zwykle, zaskoczyła wszystkich. Przejęta, ale niewzruszona. Czegoś takiego się nie spodziewałam – opowiada.

- Przez chwilę siedziała cicho, objęła mnie, ale zaraz złapała mnie z całych sił za ramiona i patrząc w oczy powiedziała coś w stylu „zwalczymy to świństwo, rozumiesz?”. Momentalnie telefon do koleżanki, która pracowała w szpitalu, potem lekarz, do którego dostała kontakt. Była spokojna i stanowcza. Strasznie mi to zaimponowało, bo do tej pory postrzegaliśmy ją jako kruchą osobę, która boi się własnego cienia. No, ale okazało się, kto w tej rodzinie nosi spodnie – wspomina.

Był jeszcze ktoś, kogo musiała poinformować o nowej sytuacji. Ze swoim chłopakiem spotykała się zaledwie od pół roku i biła się z myślami. Zaczekać z tym jeszcze? Odprawić go z kwitkiem, żeby za bardzo go nie pogrążać? - Naprawdę myślałam o tym, żeby najpierw z nim zerwać. Myślałam głupio, że skoro związał się ze zdrową i silną dziewczyną, to nie zrobię mu świństwa i nie będę mu się narzucała jako ciężko chora. Sam bałby się mnie zostawić, więc chciałam to zrobić za niego. Tak miała wyglądać nasza rozmowa, ale kiedy go zobaczyłam, nie potrafiłam tego zrobić. Poczułam, że bez niego tym bardziej nie uda mi się przez to przejść. Wydusiłam to z siebie i dodałam tylko, że jeśli nie czuje się na siłach, to ja go przy sobie na siłę nie trzymam. Później chodził obrażony, bo bolało go, że mogłam w ogóle tak pomyśleć – opowiada.

- On się strasznie we wszystko zaangażował. Mówił, że jak trzeba, to weźmie urlop dziekański i będzie ze mną non stop. W szpitalu, a jak się nie da, to będzie sterczał przed nim. To mnie zupełnie rozwaliło, bo podświadomie tego potrzebowałam. Studiów nie przerwał, a i tak miałam wrażenie, że mam go na każde zawołanie. To dla mnie ważne, bo rodzice powoli tracili nerwy, a on dalej przekonywał mnie, że damy radę. Szkoda, że dopiero w takich okolicznościach mogliśmy się tak zbliżyć, ale dobrze, że go mam – mówi Kasia.

- Przeszłam dwie operacje, naświetlania i chemię. Zapał trochę opadł, bo widzę, jak to się wszystko wlecze. Jest coraz ciężej, bo przez to wszystko nie potrafię nawet sensownie myśleć. Ciągle czymś mnie faszerują, lekarze tylko przychodzą, odchodzą i nic nie mówią. Mama dalej się uśmiecha, tata siedzi godzinami przy łóżku, chłopak też się gdzieś przy mnie kręci. A ja nie wiem, co się ze mną dzieje. Uśmiecham się do nich, dziękuję, że są, ale to się dzieje jakby poza mną. Leczenie dosłownie pozbawiło mnie emocji, bo w pewnej chwili było mi wszystko jedno, czy ktoś jest obok, czy może zaraz będzie po wszystkim. Na szczęście od dwóch miesięcy jest inaczej, bo już mnie tak nie męczą. Może nie wprost, ale powiedzieli, że na razie nie ma sensu mnie maltretować i powinnam odzyskiwać siły w domu. To oznacza, że choroba jest, niewiele się udało i raczej z tego nie wyjdę – twierdzi.

- Ale wolę mieć tego świadomość i chociaż przez chwilę w miarę normalnie pożyć, niż umierać gdzieś w szpitalu pomiędzy kroplówkami i obcymi ludźmi. Teraz czuję się świetnie, jutro może być gorzej, ale wcale o tym nie myślę. Przestałam mieć jakieś konkretne cele. Jak się uda, to skończę studia, wezmę ślub, założę rodzinę, w wakacje będę smażyła się na plaży. A jak nie, bo to bardziej prawdopodobne, to przynajmniej odzyskałam spokój. Jeśli ktoś wchodzi do pokoju, to wiem, że zobaczę kogoś bliskiego, a nie pielęgniarkę z zastrzykiem lub lekarza z dziwną miną – mówi Kasia.

Rak niestety nie daje za wygraną, ale kolejna dawka agresywnej terapii mogłaby przynieść przeciwny skutek. W tej chwili Kasia jest w domu. Kiedy czuje się gorzej, wtedy jest w stanie przespać dwa dni, ale kiedy nabiera energii, wtedy wybiera się z chłopakiem do kina, albo nawet na imprezę. - Szaleć nie mam siły, ale bardzo dużo znaczy dla mnie to, że mogę się ubrać i wyjść na spacer, albo na ciastko do cukierni. W szpitalu nie masz takiej możliwości i to chyba najbardziej dobija. Wiem, że to ma drugie dno i w pewnym sensie tracę czas, w którym mogłabym być leczona, ale jak się nie da, to się nie da. Sama tego nie przeskoczę i mogę tylko czekać. Jeśli organizm jakimś cudem się wzmocni, to znowu będą na mnie eksperymentować – uśmiecha się.

- Przez 10 miesięcy miałam nadzieję, ale byłam odcięta od świata. Teraz tej nadziei prawie nie ma, ale przynajmniej jestem spokojniejsza. Wiem, że dziwnie to brzmi. Ale jak się człowiek pogodzi, wie konkretnie, czym to się może skończyć, to zaczyna się cieszyć z byle czego. Nie myślę o tym, czy doczekam kolejnej chemii, ale przynajmniej wiem, że nikt mnie już nie będzie ciąć. Nieoperacyjny, złośliwy rak to praktycznie wyrok, ale ile lżejszych przypadków kończy się źle... Chyba wolę czekać na najgorsze, niż się łudzić – twierdzi.

- Może na to nie wygląda, ale dawno się tak nie uśmiałam, co teraz w czasie choroby. Ludzie robią różne dziwne rzeczy, żeby pocieszyć i czasami nie potrafię się powstrzymać. Mówię im, że chyba zgłupieli. Jestem chora, ale przecież nie trzeba mnie traktować jak jakąś nierozgarniętą. Najbardziej urocza sytuacja z ostatnich tygodni to oświadczyny mojego chłopaka. Coś mu strzeliło do głowy i padł na kolana. Ściga się z czasem, czy co? Powiedziałam mu wprost, że to nie jest najlepszy czas na takie decyzje. Kocham go z całych sił i dziękuję mu za wszystko, ale niech jeszcze poczeka. Z uśmiechem na ustach powiedziałam, że chyba nie wie, co robi. Kocha umierającą, ale jak wyzdrowieję, to przecież mogę już nie być taka ładna i radosna, a wtedy będzie żałował. No to się pośmialiśmy, ale i tak powiedział, że nie odpuści – mówi Kasia.

- Tu nie chodzi o to, że jestem szczęśliwa z powodu choroby i niepewności, czy z tego wyjdę. Cieszy mnie tylko to, że mam teraz święty spokój, bliscy są obok, nikt nie płacze, chyba że mama w poduszkę. Inni pewnie robią dobrą minę do złej gry, ale ja naprawdę jestem spokojna. Bo co ja mogę? Mam się szarpać, denerwować i załamywać? Szkoda na to czasu, jeśli nawet nie wiem, ile mi go pozostało. Za rok, jeśli jakimś cudem wytrwam, to sobie pogadamy. I wtedy powiem, czy warto było tak do tego wszystkiego podchodzić. Nie wierzę w cuda, ale mam nadzieję. Cudem jest raczej to, że mam okazję o tym na spokojnie pomyśleć. Mogłam przecież już dawno wykorkować – twierdzi.

Trudno powiedzieć, by Kasia była wulkanem energii. Uśmiecha się, ale w jej oczach widać trudy dotychczasowej walki. Zresztą, nawet gdyby siedziała z nie najlepszą miną, i tak zarażałaby optymizmem. Z jednej strony to umiarkowana wiara w lepszą przyszłość, a z drugiej – ujmujące podejście „jakoś to będzie, a jak nie będzie, to co ja mogę na to poradzić”. Takie słowa także padły z jej ust i to nie raz. - Znajomi i dalsza rodzina chcieliby we mnie widzieć świętą za życia, ale co ja takiego zrobiłam? Zachorowałam i albo się z tego wyliżę, albo przyjdzie czas się pożegnać. I tak wtedy będzie mi już wszystko jedno – kończy przewrotnie nasza rozmówczyni.

To nie jest historia choroby, leczenia i walki. Raczej ludzkiego podejścia do tego tematu. Kasia nie zarzeka się, że wszystko będzie dobrze, ani nie załamuje rąk. Spokojnie czeka na to, co przyniesie przyszłość. Jeśli ktoś może poczuć się zakłopotany, to chyba wszyscy postronni ludzie, którzy inaczej wyobrażają sobie obcowanie z ostatecznością. Kasia jest sobą i niech będzie taka jak najdłużej.

Komentarze (45)

Ocena: 5 / 5
Znafca (Ocena: 5) 06.02.2014 09:05
Osobiście przetestowałem głodówkę jako metodę na nowotwory i pomaga.Z tym że to nie był rak ale na pewno pomogło.Jednak skuteczniejsza jest wymieniona wcześniej metoda gersona.Poza tym są metody pantelliniego,budwig i nie tylko.
odpowiedz
Magda (Ocena: 5) 12.01.2014 19:25
Może spróbuj pojechać do Sokółki tam taki jeden Pan wyleczył się z nowotworu i lekarze nie potrafią wytłumaczyć jak rak znikł... Trzymaj się! Wierzę, ze będziesz jeszcze zdrowa:)
odpowiedz
gpość (Ocena: 5) 12.01.2014 14:54
Mam 30 lat i za dwa miesiące będą mnie kroić podejrzenie nowotworu boję się operacji, ale trzeba żyć. Teraz nie myślę o chorobie odpycham to bo bym zwariowała. Ale sam moment diagnozy był straszny. 30 lat i rak koszmar. Diagnoza też przypadkowa zrobiłam badania krwi sama bez zleceń lekarskich i od lekarza do lekarza i jest to czego nigdy nie chciałam, Dodam że dbam o swoje zdrowie ale to nic nie da gdy geny trefne.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 12.01.2014 14:48
now is good - świetny film
odpowiedz
Ania (Ocena: 5) 12.01.2014 11:47
Hej, napisz do mnie proszę, mogę Ci pomóc! migotka72@wp.pl możesz jeszcze z tego wyjść. Pozdrawiam.
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo