EXCLUSIVE: Nie maluję się!

Dlaczego niektóre kobiety z własnej woli rezygnują z makijażu?
EXCLUSIVE: Nie maluję się!
17.01.2015

„Słowem makijaż oznacza się zarówno preparaty, efekt jak i czynności polegające na kosmetycznym upiększaniu twarzy poprzez malowanie, szminkowanie czy pudrowanie” (Wikipedia). Ta definicja nie pozostawia wątpliwości, że make-up ma za zadanie sprawić, by płeć piękna była jeszcze piękniejsza. Każda kobieta na pewnym etapie życia eksperymentuje z podobnymi specyfikami. Większość szybko się od nich uzależnia i wkrótce nie wyobraża sobie funkcjonowania bez odpowiedniej warstwy „tapety”.

Coraz trudniej się przed tym obronić – od najmłodszych lat obserwujemy malującą się mamę, podziwiamy perfekcyjnie „zrobione” gwiazdy, przeglądamy kolorową prasę dla kobiet i utwierdzamy się w przekonaniu, że makijaż to nie przywilej. To absolutny must have. Jednak nie dla nich! Poznajcie trzy kobiety w różnym wieku, które świadomie zrezygnowały z poprawiania urody w ten sposób. Stoją za tym różne motywacje, ale efekt jest podobny.

Dla nich największą wartością jest naturalność, która powoli zanika. Skoro współcześnie malują się nawet 12-latki, to lepiej już nie będzie... Co złego widzą w szminkach, pudrach i cieniach? Poznajcie ich stosunek do sztuczności.

Magdalena Frąckowiak

Nasza bohaterka uważa, że nie ma nic piękniejszego, niż młodość. Zupełnie nie rozumie nastolatek, które koniecznie chcą ją zakryć grubą warstwą makijażu. Jej zdaniem to uleganie głupiej modzie, które nie przynosi żadnych korzyści. Bo trudno nazwać nimi wzmożone zainteresowanie ze strony płci przeciwnej.

- Jestem wierna zasadom Kościoła, dlatego nie chcę kusić losu. Skoro mam zamiar w przyszłości znaleźć odpowiedzialnego mężczyznę i stworzyć z nim związek na zawsze, to nie będę go mamiła sztucznymi rzęsami, czerwonymi ustami czy wygładzoną twarzą. Niech wie, jak naprawdę wyglądam. Ważny jest też szacunek do siebie. Dla mnie sztuczność nigdy nie jest dobra, zarówno jeśli chodzi o zachowanie, jak i o wygląd. Sensu życia trzeba szukać gdzieś indziej, niż w kosmetyczce i na imprezach – twierdzi.

Nie potępia malujących się rówieśnic, ale nie udaje także, że je rozumie. To nie jej świat.

Magdalena Frąckowiak

To nie było łatwe doświadczenie, bo przez lata przyzwyczaiła swoich znajomych, a przede wszystkim siebie, że zawsze jest „zrobiona”. Teraz musiała się pokazać bez tego wszystkiego i na nowo zawalczyć o ich akceptację. To tylko makijaż? Okazuje się, że AŻ. Wielu podejrzewało, że zachorowała na groźną chorobę, wpadła w depresję albo próbuje coś zamanifestować. Powodem była jednak prozaiczna alergia.

- Przez pierwsze dni pojawiały się teksty w stylu „coś ty ze sobą zrobiła?!” albo „dlaczego się tak zaniedbałaś?”. Sama miałam problem, żeby spojrzeć na siebie w lustrze, ale powoli zaczęłam się przyzwyczajać. Moje dbanie o siebie ograniczało się do kilku kosmetyków dermatologicznych. Wkrótce to doceniłam, bo wcale nie wyglądałam aż tak źle, a na dodatek mogłam sobie dłużej pospać. Zrobienie makijażu zajmuje jednak sporo czasu. Niedawno ktoś dał mi w prezencie zestaw w 100 procentach naturalnych kosmetyków. Są bardzo drogie, więc sama tego nie kupowałam. Spróbowałam, nic się nie stało i mogłabym ich używać. Ale już nie chciałam. Dzisiaj wymalowana dziewczyna w moim wieku kojarzy mi się z tandetą – twierdzi.

Kiedyś Ola patrzyła na swoje koleżanki z zazdrością. Teraz coraz częściej się z nich śmieje i cieszy się, że nie ma podobnych dylematów, co one. Perfekcyjnie wykonany makijaż i idealnie dopasowany podkład nie spędzają jej snu z powiek.

Magdalena Frąckowiak

- Jako młoda dziewczyna eksperymentowałam, bo nie miałam wyjścia. Chyba jako ostatnia w liceum zaczęłam malować rzęsy tuszem, czasami zakrywałam pudrem trądzik. Potem zrozumiałam, że wcale tego nie potrzebuję. Męczę się codziennie przed lustrem nie dla siebie, ale dla innych. Umalowana wcale nie czułam się atrakcyjniejsza i lepsza. Mniej więcej od drugiego roku studiów w mojej kosmetyczce próżno szukać tych wszystkich podobno niezbędnych mazideł. Dobry tonik i krem do twarzy absolutnie wystarczą. I widać tego efekty, bo moje rówieśniczki powoli zaczynają się sypać, a moja skóra jest nietknięta. Jestem piękną, naturalną kobietą. Czy komuś innemu przeszłoby to przez usta? - zastanawia się nasza bohaterka.

Beata uważa, że stałyśmy się niewolnicami przemysłu kosmetycznego. Wmówiono nam, że sztuczność to zadbanie. Jeśli nie nakładasz na twarz maski, to znaczy, że nie szanujesz siebie i innych.

- To takie samo kłamstwo, jak to, że kobieta ma być potulna, słuchać się mężczyzn, musi urodzić dziecko, nie powinna robić kariery zawodowej i tak dalej. A moim zdaniem możemy wszystko i mamy do zaoferowania światu znacznie więcej, niż tylko wymalowaną twarz – twierdzi.

Magdalena Frąckowiak

Weronika za chwilę skończy 19 lat. W tym roku będzie zdawała maturę, a przed nią także studniówka. Już wiadomo, że na zabawę pójdzie w skromnej sukience i bez grama makijażu na twarzy. Uważa, że to zbędne, bo nie zależy jej na uznaniu płci przeciwnej. Na to przyjdzie kiedyś czas i ma nadzieję, że wtedy będzie liczyło się jej wnętrze, a nie tylko uroda. Od lat należy do wspólnoty oazowej, jest blisko Kościoła i nadrzędną wartością jest dla niej wiara. Dorastała w tym środowisku.

- Jest wiele stereotypów na temat oazowiczek, ale jedno na pewno jest prawdą. Dla nas najważniejsze jest życie duchowe i praca nad swoim wnętrzem. Nasze poczucie własnej wartości nie zależy od tego, jak wyglądamy. Na spotkania w parafii się nie malujemy, spędzamy czas z podobnymi osobami, więc automatycznie wypieramy to ze świadomości. Makijaż okazuje się zbędny. To symbol zepsutego świata. Oczywiście nie stygmatyzuję wymalowanych kobiet, bo robią to z różnych powodów, ale mnie nie jest to do szczęścia potrzebne. Ot, cała filozofia – tłumaczy.

Co złego jest w makijażu? Nasza rozmówczyni uważa, że same kosmetyki nie są groźne. Niedobre może być to, do czego je wykorzystujemy.

Magdalena Frąckowiak

Ola ma dopiero 18 lat, ale zdążyła się już przekonać, że światem rządzi uroda. Kto nie wygląda, ten nic nie osiągnie. Jest uczennicą liceum. Teoretycznie niczym nie różni się od swoich koleżanek z klasy, ale w praktyce wygląda to już inaczej. W czasie, gdy jej rówieśnice przychodzą na lekcje z pełnym make-up`em, ona „straszy” naturalną cerą trądzikową, podkrążonymi oczami, przebarwieniami, mało spektakularnymi rzęsami. Takie słowa słyszała już wielokrotnie. Tylko dlatego, że ma czelność się wyróżniać.

- Pewnie są dziewczyny, które z własnej woli rezygnują z tego typu kosmetyków, ale nie ja. Zaczęłam się malować dość wcześnie, bo miałam jakieś 15 lat. Przestałam nie dlatego, że nagle mnie olśniło, ale nie miałam innego wyjścia. Z czasem moja skóra zaczęła strasznie reagować na różnego typu cienie i tusze, więc musiałam je wyeliminować. Okazało się, że jestem uczulona chyba na wszystkie możliwe substancje obecne w tych specyfikach. Długo nie wiedziałam, dlaczego jestem coraz bardziej opuchnięta, mam zaczerwienione oczy, a usta pękają mi do krwi. No i wyszło szydło z worka – tłumaczy.

Nastolatka trafiła wreszcie do dermatologa, który wydał wyrok – im mniej chemii, tym lepiej będziesz wyglądała. Z dnia na dzień zrezygnowała z makijażu i efekty uboczne ustąpiły.

Magdalena Frąckowiak

Beata ma 29 lat i uważa się za kobietę wyzwoloną. Działa w organizacji broniącej praw kobiet, jest doktorantką na Uniwersytecie Warszawskim. Singielka, choć nie zdeklarowana. Mężczyzn akceptuje znacznie bardziej, niż wszelkie przejawy zniewolenia. Czymś takim jest dla niej przymus codziennego poprawiania urody przy pomocy kolorowych kosmetyków. Sama postanowiła się przeciwko temu zbuntować i robi to skutecznie. Od kilku lat unika podobnych specyfików.

- Trzeba zdać sobie sprawę, że wcale nie chodzi wyłącznie o to, żeby nasze usta wyglądały piękniej, oczy wyraźniej, a cera na zdrowszą. Po to stworzono pierwsze kosmetyki, ale w XXI wieku szminka to już nie tylko specyfik. To manifest i symbol naszej porażki. Z jednej strony są kobiety, które świadomie ingerują w swój wygląd, żeby wzbudzić zainteresowanie płci przeciwnej. Z drugiej – dziewczyny, które wcale tego nie lubią, ale czują się do tego zmuszone. Jeśli ktoś się wyłamie, tak jak ja, to musi się liczyć z dziwnymi reakcjami – przyznaje.

Nasza rozmówczyni uważa, że wydawanie pieniędzy na kosmetyki do makijażu to najgorsza z możliwych inwestycji. Ona, zamiast nowego podkładu znanej firmy, woli bilet do teatru. Tam też będzie nieumalowana.

Komentarze (64)

Ocena: 4.83 / 5
Arek (Ocena: 5) 22.12.2015 09:44
makijaż to coś sztucznego więc z definicji nie pokaże naturalnego piękna. makijaż jest zwykłym oszustem biologicznym. Geny to geny i takie pułapki to jedenak manipulacja. Jeśli któraś boi się wyjść bez makijażu z domu to coś jest z nią nie tak. Kiedyś będąc dziewczynkami byłyście takie radosne i uśmiechnięte. a jak dorastacie robicie się dziwnie spięte jak baranie jaja.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 25.01.2015 20:39
Ja też się nie maluję jakoś specjalnie. Kiedyś miałam straszne problemy z cerą, używałam przeróżnych kosmetyków, aż w końcu trafiłam na serię Anti-Acne z Flosleku. Od kilku miesięcy mam idealną cerę i tak się nią cieszę, że nie muszę jej w ogóle niczym przykrywać. Używam tylko tuszu i błyszczyku:)
odpowiedz
Lolka (Ocena: 5) 20.01.2015 23:26
Ja bym użyła chociaż różu. Jak się wstaje o siódmej rano to blada twarz gwarantowana. "2 Skin" Pressed Rouge ratuje.
odpowiedz
m (Ocena: 5) 19.01.2015 17:45
Kobieta bezbarwna, nieatrakcyjna bo bez makijażu? Musisz chyba źle wyglądać...
odpowiedz
inferno (Ocena: 5) 18.01.2015 22:27
Ja jestem naturalnie śliczna i nigdy nie potrzebowałam makijażu.Cera bez skazy, usta pełne, kości policzkowe naturalnie zarysowane. Po co mam więc bazgrolić po twarzy?
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo