Mam odstające uszy i nie potrafię ich polubić. Zdarzają się etapy, w których bardzo utrudniają mi funkcjonowanie. Ogólnie uważam, że jestem atrakcyjna, nawet bardzo. Mam spore powodzenie i często słyszę komplementy na temat swojego wyglądu. Mój mózg je jednak wypiera. Zamiast doceniać swoje zalety, ciągle rozmyślam o największej wadzie, czyli uszach.
Zobacz także: Jestem z mężem tylko z litości
To jest coś, co noszę ze sobą od dziecka, jak cień. Moi bliscy mówią, że przesadzam, że nikt nawet nie zwraca uwagi na moje uszy, ale dla mnie one są jak megafon, który potrafi zagłuszyć wszystko inne, makijaż, fryzurę, pewność siebie. Kiedy mam gorszy dzień, nawet przymierzenie zwykłej gumki do włosów potrafi wywołać panikę.
Czasem patrzę na zdjęcia sprzed lat i widzę dziewczynę, która powinna była cieszyć się beztroską, a zamiast tego kombinowała, jak zakryć uszy włosami. W dorosłym życiu wciąż zdarza mi się odmawiać wyjścia na basen, sesji zdjęciowych czy zwykłego spięcia włosów, bo w głowie słyszę ten sam irracjonalny lęk: wszyscy będą patrzeć. To głupie, bo przecież nikt tak nie analizuje mojego wyglądu, jak ja sama.
Najbardziej boli mnie to, że ta jedna rzecz potrafi przykryć wszystkie moje atuty. Słyszę od ludzi, że mam piękne oczy, proporcjonalną sylwetkę, kobiecą twarz, a jednak jedna cecha sprawia, że w mojej głowie przestaję być wystarczająca. Czuję się wtedy jak swoją własną przeciwniczką, jakbym na siłę próbowała umniejszyć sobie coś, co inni widzą jako piękne.
Chciałabym w końcu uwierzyć, że nie muszę być idealna, żeby być piękna i że odstające uszy nie odbierają mi ani wartości, ani kobiecości. Po prostu ja sama czasem pozwalam im rosnąć w mojej głowie do nieproporcjonalnych rozmiarów.
Maria
Zobacz także: Zerwałam kontakt z najlepszą przyjaciółką