Wciąż nie mogę dojść do siebie po sytuacji, która wydarzyła się w weekend. Zrobiło mi się tak wstyd, że do dziś czuję gulę w gardle, gdy o tym myślę. Chodzi o moją przyjaciółkę, a właściwie o to, czy mogę ją po tym, co zrobiła, jeszcze tak nazywać.
Od dawna marzyłam o delikatnym powiększeniu ust. Nic spektakularnego, żadnych ogromnych „kaczych dziobów”. Po prostu chciałam trochę wyrównać asymetrię i dodać sobie pewności siebie. Efekt był subtelny i ja sama czułam się w końcu dobrze, gdy patrzyłam w lustro.
Kilka dni później spotkałyśmy się ze znajomymi. Weszłam uśmiechnięta, zadowolona, czułam się atrakcyjnie do momentu, kiedy ktoś zapytał, czy zrobiłam coś z ustami. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, moja przyjaciółka wtrąciła się z wielkim rozbawieniem, że mnie pszczoła użądliła. Potem dodała: serio za to zapłaciłaś?
Zobacz także: Jestem szczęśliwa w związku, ale czasem tęsknię za byciem singielką
Większość parsknęła, a ja stałam jak idiotka. Miałam pustkę w głowie, nie miałam żadnej riposty. To było tak bolesne, że nie potrafiłam skleić żadnego zdania. Ona widziała moją reakcję, ale nadal się uśmiechała, jakby rzuciła najlepszy żart wieczoru. Nawet mrugnęła do innych, jakby chciała im pokazać, że przecież nic się nie stało.
W drodze do domu próbowała to obrócić w żart. Zezłościła się, że się obraziłam. Stwierdziła, że zawsze mówi co myśli, a poza tym „sama się o to prosiłam”.
Chyba nie muszę dodawać, że z mojej radości i pewności siebie już nic nie zostało…
Magda