Mam 29 lat, od trzech jestem w szczęśliwym związku. Na każdym kroku słyszę od ludzi o „tykającym zegarze biologicznym”, o „powołaniu do bycia matką”, o „sensie życia” i o „rzekomej wygodzie bezdzietnych kobiet”. A ja chciałabym powiedzieć wprost. Nie mam dziecka, bo mnie na to po prostu nie stać.
Pracujemy, wynajmujemy mieszkanie, ledwo wiążemy koniec z końcem. Każdy miesiąc to balansowanie między rachunkami, jedzeniem, dojazdami, a próbą odłożenia czegokolwiek na czarną godzinę. Dziecko to ogromna odpowiedzialność finansowa. Pieluchy, ubranka, wózek, wyprawka, opieka medyczna, żłobek, przedszkole. A później szkoła, korepetycje, zajęcia dodatkowe. To wszystko kosztuje.
Zobacz także: Nie jestem szczęśliwa jako mama, ale boję się to powiedzieć głośno
Nie chcę być matką, która liczy grosze, kupuje tylko najtańsze jedzenie i budzi się w nocy, martwiąc się, jak zapłacić za leki czy wycieczkę szkolną. Nie chcę sprowadzać dziecka na świat, jeśli nie mogę mu zapewnić minimum stabilizacji. Wiem, że miłość jest ważna, ale sama nie wystarczy.
Nie chodzi o brak instynktu macierzyńskiego. Przeciwnie, bardzo często myślę o dziecku. Zastanawiam się, jakie by było, czy miałoby moje oczy, co bym mu czytała na dobranoc. Ale potem wracam do rzeczywistości. Do rosnących cen, dramatycznego rynku mieszkań, do pracy bez umowy o etat. I wiem jedno, nie chcę być kolejną osobą, która „jakoś sobie poradzi”, bo może się okazać, że wcale tak nie będzie.
Amanda