Wiem, że brzmi to jak żart, ale koleżanka prosi mnie o rady wychowawcze, choć jestem… bezdzietna. Czasem chodzi o codzienne sprawy, innym razem o poważniejsze kwestie związane z ich rozwojem czy emocjami. Rozumiem trochę z czego to wynika, bo przyjaźnimy się od wielu lat. Wcześniej prosiła mnie o rady w innych kwestiach. Jak ma rozmawiać z siostrą, co ma zrobić odnośnie zachowania męża, jak poradzić sobie z teściową… Nigdy nie mówię jej nic wprost, ale ona często uważa, że moje rady są bezcenne. Beze mnie nie podejmuje żadnej decyzji.
Zobacz także: 5 umiejętności, które mężczyźni cenią w kobietach
Przyznam szczerze, że czuję się z tym trochę nieswojo. Miło, że obdarza mnie takim zaufaniem, ale to dla mnie męczące. Mogę doradzić w kwestii relacji z rodziną czy teściami, ale jeśli sama nie wychowuję dzieci to raczej nie powinnam się wypowiadać w takiej kwestii. Boję się, że mogłabym jej niechcący zasugerować coś, co w praktyce okaże się zupełnie nietrafione.
Rozmawiałam z nią o tym. Za każdym razem powtarzam: „Nie wiem, nie jestem mamą”, ale ona mnie ciśnie do tego stopnia aż w końcu mówię, co bym zrobiła na jej miejscu. Ona uważa, że ja zawsze wiem, jak postąpić słusznie. Stawia mnie na jakimś piedestale, czego kompletnie nie potrafię pojąć.
Roksana