Marzyłam o dziecku już od paru lat. Zawsze odkładaliśmy jednak z Michałem decyzję o powiększeniu rodziny. Ciągle coś stawało nam na drodze. Najpierw on zmienił pracę na wymarzoną i musiał się skoncentrować na karierze. Potem ja wpadłam na pomysł, że pójdę na studia podyplomowe. Dostałam dzięki temu awans, więc wizja ciąży i urlopu macierzyńskiego po raz kolejny się oddaliła. Jeszcze później postanowiliśmy zmienić mieszkanie na większe. Większy metraż to oczywiście wyższa rata kredytu. I tak w kółko. Znów nie mogliśmy się zatrzymać i przestać martwić się o finanse.
Zobacz także: LIST: „Jestem w ciąży, a partner zachowuje się jak singiel”
Mam trzydzieści osiem lat. Pół roku temu powiedziałam Michałowi, że nie mogę już dłużej czekać na odpowiedni czas, bo taki może nigdy nie nadejść. Miałam bardzo silny instynkt macierzyński. Byłam już na etapie, kiedy spotykanie kolejnych koleżanek w ciąży sprawiało mi ból. Niczego nie pragnęłam tak bardzo, jak w końcu zostać mamą. Długo był na nie, ale potem się zgodził. Zaczęliśmy starać się o dziecko.
Wszystko w naszym związku dotychczas układało się świetnie. Przez siedem lat byliśmy idealną parą. Rozumieliśmy się doskonale, rzadko kiedy się kłóciliśmy. Byliśmy naprawdę blisko. Kiedy jednak wizja posiadania dziecka stała się realna, Michał zaczął się ode mnie odsuwać. Znikał z domu wieczorami. Coraz częściej wywoływał spięcia, jakby starał się wymyślić powód, aby ze mną nie sypiać. Potem nagle zostawił mnie na lodzie. Powiedział, że nie widzi się w roli ojca i wcale nie chce zmieniać swojego życia. Kochałam go bardzo, więc za wszelką cenę chciałam ratować związek, ale jego zdaniem nie miało to sensu. Najlepszy czas mieliśmy już podobno za sobą. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Jak mam się otrząsnąć? To podwójny cios. Straciłam nie tylko miłość, ale i nadzieję na macierzyństwo.
Ada
Zobacz także: List: „Wstydzę się swojego nazwiska”