Exclusive: Kulisy telefonu zaufania

Malwina codziennie odbiera telefony od młodych ludzi, którzy nie radzą sobie z życiem.
Exclusive: Kulisy telefonu zaufania
14.09.2013

Choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy, w całym kraju działa wiele telefonów zaufania. Są ogólnopolskie dla dorosłych, dzieci i młodzieży, miejskie, przeznaczone dla rodzin alkoholików lub ofiar przemocy domowej. Niezależnie od tego, z jakim problemem zaczynasz sobie nie radzić, na pewno znajdziesz numer, który warto wykręcić. Zasada działania takich linii jest prosta – telefon odbierają specjaliści w danym temacie, którzy chętnie doradzają, ale najważniejsza jest możliwość wygadania się. Niektórzy z nas pozostają z danym problemem zupełnie sami. Nie mamy wsparcia ze strony rodziny, a znajomym nie o wszystkim chcemy opowiadać. Bardzo często wolimy podzielić się swoimi dylematami i cierpieniem z kimś zupełnie obcym. To całkiem naturalne i nie powinniśmy się tego wstydzić.

Malwina jest stażystką w ogólnopolskim telefonie zaufania dla młodych ludzi. Za swoją pracę nie otrzymuje wynagrodzenia. Okres ten, w zależności od fundacji prowadzącej linię, trwa od kilku miesięcy do roku. Później istnieje możliwość zostania profesjonalnym konsultantem, ale zdecydowanie nie jest to działalność, na której można się wzbogacić. Skąd więc pomysł, by poświęcać swój czas dla innych, zamiast robić „prawdziwą” karierę? Nasza bohaterka opowiada nam o kulisach tego zawodu, motywacji oraz swoich rozmówcach. Kto najczęściej korzysta z telefonu zaufania? Z jakimi problemami dzwonią młodzi ludzie? Czy udaje im się pomóc? Kiedy konieczne jest interwencja odpowiednich służb? Oto kulisy tego niezwykłego zajęcia.

- Mogłabym napisać książkę na ten temat. Szybko ucinam takie rozmowy, żeby nie blokować telefonu, ale czasami trudno mi ukryć rozbawienie. Dzwoniła dziewczynka, która ma ogromny problem. Chciałaby zrobić przyjemność mamie i zrobić pranie, ale nie potrafi włączyć pralki. Poradziłam jej, że z obsługą takich urządzeń powinna poczekać na rodziców. Jeśli chce, to zawsze może powycierać kurze, a mama na pewno się ucieszy. Był też telefon od staruszki, która przez całe życie robiła doskonałą karpatkę, ale pamięć już nie ta i zapomniała, jak się robi krem. Rodzina ma przyjść na imieniny, a ciasto niegotowe. Zgłupiałam, bo sama nie mam pojęcia, jak się robi krem do karpatki. Powiedziałam jej, żeby się zastanowiła i na pewno sobie przypomni. A jak nie, to przecież można kupić gotowe ciasto w dobrej cukierni i na pewno będzie pyszne. Złożyłam jej życzenia imieninowe i zakończyłam rozmowę. Już nie wspomnę o chłopcu, miał pewnie 10-12 lat, który pytał, jak się zakłada prezerwatywę. Mam nadzieję, że to tylko dowcip. Poradziłam, żeby zapytał tatę, bo to intymny temat i dzieci powinny rozmawiać o tym z rodzicami. Biedaczek się pewnie zdziwi – wspomina.

Seks to zresztą bardzo popularny temat. Młodzi ludzie atakowani są ze wszystkich stron informacjami, że współżycie trzeba zacząć jak najwcześniej. Nie warto czekać. Obawiają się tego, że coś jest z nimi nie tak, więc radzą się konsultantek telefonu zaufania. - Często pytają mnie, czy po tygodniu spotykania się powinno dojść do czegoś więcej. Czy 14-letnia dziewica to coś nienormalnego, czy problemy z erekcją u chłopca w podobnym wieku powinny niepokoić. Staram się unikać konkretnych odpowiedzi. Przekonuję, że z bliskością warto zaczekać, poruszyć ten temat w rozmowie z rodzicami, lekarzem. Odsyłam na zaufaną stronę internetową, na której znajdą odpowiedzi na podobne pytania i nie powinni się z tym śpieszyć. W razie czego powinni zadzwonić jeszcze raz, a do tego czasu niech spróbują porozmawiać z bliską osobą dorosłą i zachowywać się odpowiedzialnie. Mam nadzieję, że większość przemyśli temat na spokojnie – mówi Malwina.

- Regularnie rozmawiam też z młodymi ludźmi, którzy nie są pewni swojej seksualności, albo zdają sobie z niej sprawę, ale nie mogą tego zaakceptować. Nie wiem z czego to wynika, ale najczęściej są to chłopcy. Mówią, że nie chcą być pedałami, że to chore i pytają, który lekarz ich wyleczy. To długie rozmowy, w których przede wszystkim muszę uspokoić taką osobę i oswoić ją z myślą, że to nic złego. Ktoś taki powinien zyskać szacunek nie tyle innych, co najpierw samego siebie. Nie jestem pedałem, ale po prostu mam orientację homoseksualną. Nie jestem chory, nie trzeba mnie leczyć. Rodzice kochają mnie bez względu na wszystko. Może trochę się różnię od innych kolegów, ale wśród nich są osoby podobne do mnie. To trudne rozmowy, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, jak w Polsce traktuje się mniejszość seksualną. Jestem jednak pewna, że dzisiejszy nastolatek w takiej sytuacji i tak sobie poradzi. Społeczeństwo powoli, ale się zmienia – twierdzi nasza rozmówczyni.

Malwina codziennie styka się z różnymi historiami. Niektóre są wyjątkowo trudne i wymagają ogromnej pracy i sporo czasu. Innym wystarcza kilka minut rozmowy, by spojrzeć na świat z nieco innej strony i podziękować za poradę. Czy można pełnić taką służbę przez wiele lat bez żadnego uszczerbku i nadal być skuteczną? - Zajmuję się tym dopiero od kilku miesięcy, a czasami czuję, że przesiedziałam przed tym telefonem długie lata. Powoli wypracowuję w sobie podejście, które ułatwia normalnie żyć. Staram się nie rozmyślać o tematach rozmów po godzinach. Odcinam się od tego. Próbuję być normalną młodą kobietą – mówi.

- Myślę, że w tym fachu potrzebna jest ciągła zmiana pokoleniowa. Gdyby telefon od 10-20 lat odbierała ta sama osoba, to nie było zbyt szczęśliwe rozwiązanie. Już nie mówię o tym, że można wpaść w rutynę. Świat się zmienia, młodzież szybciej dojrzewa, próbuje nowych rzeczy. Czasami przydaje się wiedza i rada kogoś bardzo doświadczonego, ale młody człowiek zawsze inaczej rozmawia ze starszą panią czy panem, a inaczej z kimś niewiele starszym od niego. Zmniejsza się dystans i łatwiej do niego dotrzeć. Jeśli mam taką okazję, to namawiam w tym momencie każdego, kto ma jakikolwiek problem, a nie ma z kim porozmawiać. Korzystajcie z takich linii, żeby się wygadać, poradzić, zapytać. Najgorsze jest trzymanie tego gdzieś głęboko w sobie. Złe rzeczy trzeba rozbroić jak najszybciej. To pomaga i wielu moich rozmówców na pewno to potwierdzi – twierdzi Malwina.

W telefonie zaufania pracuje od niemal pół roku. Choć słowo „pracuje” nie jest tutaj najlepszym sformułowaniem. Nie otrzymuje za to wynagrodzenia, a na dodatek traktuje swoje zajęcie jak misję. - Może to górnolotnie brzmi, ale taka właśnie jest moja misja. Robię to, póki mogę. Kiedyś będzie trzeba zacząć zarabiać i wtedy się wycofam. Na razie spłacam dług wdzięczności za to, że nigdy nie miałam problemów, z którymi spotykam się w tych rozmowach. Początki były strasznie przygnębiające. Na różne sposoby. Niemal płakałam przy słuchawce, gdy słyszałam o cierpieniu dzieci, a równocześnie z dystansem podchodziłam do wydumanych problemach nastolatków, którzy cierpią, bo nie dostali od rodziców nowego telefonu lub komputera. Dzisiaj traktuję te kwestie w podobny sposób – twierdzi.

- Niektórym się wydaje, że telefon w sprawie tego, że rodzice nie spełniają zachcianek dziecka, to jakiś żart. Bywa i tak, ale w większości przypadków to tylko pretekst. W czasie rozmowy dowiaduję się kolejnych rzeczy, które nie są już tak błahe. Nie tylko nie kupili iPada, ale też nigdy nie pochwalili, nie powiedzieli dobrego słowa, nie wspierali. Nie potrafią rozmawiać z dzieckiem, nie słuchają tego, co ono ma do powiedzenia. Może nie ma tam przemocy fizycznej, ale w takim domu też trudno żyć. To przykre, ale nieznana pani po drugiej stronie telefonu musi odbudowywać ich pewność siebie i poczucie własnej wartości. Mama i tata wrócą z pracy i nie przyjdzie im do głowy, by poświęcić chwilę na rozmowę. Zajmują się swoimi sprawami, dzieci swoimi, nie ma żadnej więzi – przekonuje Malwina.

Pytamy naszą rozmówczynię o najpoważniejsze przypadki, które na długo pozostaną w jej pamięci. Okazuje się, że ta młoda kobieta każdego dnia ma do czynienia z historiami, które budzą przerażenie. - Bardzo często dzwonią dzieci alkoholików. Koleżanki z fundacji mówią, że kiedyś dominowali pijani ojcowie. Dzisiaj słucham opowieści o całych rodzinach, które piją. Rozmawiałam z 10-latkiem, który żyje w domu, w którym nie ma nikogo trzeźwego. Mimo, że mieszka z matką, ojcem, babcią i dorosłym bratem. Zdarzają się gwałcone przez ojców nastolatki, ofiary innych form przemocy fizycznej. Za każdym razem powtarza się prośba, żeby przypadkiem nigdzie tego nie zgłaszać, bo to się skończy jeszcze gorzej. W takich momentach nie ma jednak innego wyjścia. Zgłaszamy sprawy policji, namierzamy adres i staramy się pomóc bardziej konkretnie, niż tylko rozmową – opowiada nasza rozmówczyni.

- Czasami jest już za późno, ale staram się tego nie rozpamiętywać. Najważniejsze, że cierpienie dzieci wreszcie się skończy. Wiem, że wiele zdążyło się już wydarzyć i ślady pozostaną w nich na zawsze, ale gdyby nie ten telefon, to mogłoby to trwać jeszcze o wiele dłużej. Najmocniej siedzi mi w głowie przypadek nastolatki. Nie wiem dokładnie, ile miała lat, ale pewnie około 13-14. Zadzwoniła przerażona, że za chwilę „znowu się to stanie”. Wujek dobija się do drzwi i zaraz wejdzie. Ona siedziała gdzieś pod łóżkiem, albo w szafie. Mówiła szeptem, niewiele rozumiałam, bo było naprawdę strasznie cicho. Na dodatek mówiła przez łzy, nie mogła złapać powietrza. Zapytałam, czy on robi jej krzywdę. Powiedziała, że od dawna. Obiecałam jej, że zaraz ktoś jej pomoże, niech tylko poda mi swój adres. Rozłączyła się. Policji udało się tam dotrzeć po godzinie, kiedy było po wszystkim. Dziewczynka została brutalnie zgwałcona. Nie pierwszy raz – wspomina Malwina.

Nie zawsze udaje się pomóc na czas, ale gdyby nie ten telefon, ofiara cierpiałaby za pewne jeszcze nie raz. Malwina twierdzi, że nie ma wyrzutów sumienia, bo nic nie dało się zrobić szybciej. Wolałaby jednak, gdyby służby dotarły na miejsce znacznie wcześniej i zapobiegły temu koszmarowi. Każda konsultantka ma w swojej głowie podobne historie. Czasami jeszcze tragiczniejsze. - Często rozmawiam z młodzieżą, która stoi nad przepaścią. Wydaje im się, że nic już z ich życia nie będzie, więc lepiej je zakończyć, niż dalej się męczyć. Nie mogę być tego pewna, ale w większości spraw udaje się jakoś pomóc. Dla większości to krzyk rozpaczy. Na szczęście mają jeszcze w sobie siłę i nie podejmują próby. Choć nie zawsze. Jeden taki przypadek doprowadził do tego, że moja poprzedniczka odeszła z fundacji i szuka szczęścia w zupełnie innej branży – opowiada.

- Zazwyczaj rozmowy o samobójstwie są formą ostrzeżenia. Tamten telefon był raczej pożegnaniem. Chłopak powiedział, że tak już dłużej nie może. Stoi przy oknie i za chwilę z niego wyskoczy. Konsultantka próbowała go uspokoić i w tym czasie namierzano adres. Wreszcie udało się ustalić, skąd dzwoni, ale to nie miało już znaczenia. Pogotowie dostało zgłoszenie w tym samym czasie. Jechali po zwłoki. W telefonie było słychać, jak szarpie się z oknem, potem jakieś niewyraźne słowa i długa cisza. Wyskoczył. Nie znamy szczegółów, ale ten przypadek przelał czarę goryczy i bezsilności. Odeszła z pracy, bo stwierdziła, że nie jest w stanie już nikomu pomóc. Nie oceniam jej, nawet to rozumiem. Nie wiem, jak zachowałabym się w takiej sytuacji – mówi Malwina.

Staramy się zmienić nieco tor naszej rozmowy. Usłyszeliśmy wiele przykrych wspomnień, które nie pozostają obojętne nawet dla specjalisty. Telefon zaufania to jednak nie tylko tragedie, ból i śmierć. Zdarzają się również wyjątkowo zabawne zgłoszenia i pozytywne rozmowy. - Kilka razy dzwoniła do mnie dziewczyna, która zupełnie w siebie nie wierzyła. Jak twierdziła, jest gruba, brzydka, nie ma przyjaciół. Chciała się komuś wygadać i padło na mnie. Całe szczęście, bo sama kiedyś miałam podobne wątpliwości. Rozmawiałyśmy długo, wielokrotnie. Powoli odzyskiwała pewność siebie. Powiedziałam jej, że lepiej zacząć działać, niż narzekać. Doskonale ją rozumiem, więc mogę jej coś doradzić. Zapisała się na fitness, namówiła rodziców do tego, żeby opłacili jej lekcje jazdy konnej. Opowiadała mi, że czuje się coraz lepiej ze sobą i to działa. Ostatnio zadzwoniła po dłuższej ciszy, że chciała się pożegnać. Stwierdziła, że wreszcie widzi jakiś sens. Zmieniła swoje życie, czuje się dobrze sama ze sobą i nie będzie już zajmować linii. Powinnam pomagać innym, bo robię to naprawdę dobrze. Dla takich słów warto poświęcać swój czas – nasza rozmówczyni nie kryje uśmiechu.

Numer telefonu zaufania wykręcają jednak nie tylko potrzebujący. Czasami robią to w przenośni. Malwina opowiada nam o zupełnie absurdalnych tematach, które pojawiają się w rozmowach.

telefon

Nasza rozmówczyni jest absolwentką psychologii. Staż w telefonie zaufania nie był wcale przypadkiem. Wiele lat temu konsultant takiej linii bardzo pomógł jej przyjaciółce. - Myślałam, że jestem z nią naprawdę blisko, ale tak naprawdę niewiele widziałam. Nie miałam pojęcia, że każdego dnia w domu przeżywa taki koszmar. Ojciec znęcał się nad matką, a kiedy znudziło mu się bicie dorosłej kobiety, wtedy brał się za dzieci. Nie zostawiał śladów fizycznych. To trwało kilka lat i ona nigdy nie dała mi żadnego znaku. Myślałam, że to normalna rodzina. Dopiero później dowiedziałam się, że miała myśli samobójcze. Po latach opowiedziała mi, że kilka razy korzystała z telefonu zaufania. Kiedy zadzwoniła zaraz po ataku ze strony ojca, ktoś po drugiej stronie wezwał na miejsce policję. Same by tego nie zgłosiły, a tak ktoś z zewnątrz wreszcie zareagował. Mogły odetchnąć – opowiada.

- Nie mogłam przestać o tym myśleć. Gdyby nie to, że mogła z kimś porozmawiać bez skrępowania i ten ktoś na chłodno ocenił sytuację, to nie wiem co by się mogło stać. Albo odebrałaby sobie życie, albo ojciec skatowałby całą rodzinę na śmierć. Został skazany, dostał zakaz zbliżania się, eksmisja i po wyjściu z więzienia już go nie widziały. Potem przyszły studia i myśli o tym, że skoro zło ukrywa się tak blisko mnie, to dlaczego nie spróbować coś z tym zrobić? Zgłosiłam się do fundacji, przeszłam rekrutację, zaczęłam odbierać pierwsze telefony. Na początku z nadzorem kogoś bardziej doświadczonego. Strasznie mnie to pochłonęło. Wiedziałam, że muszę tu zostać – wspomina Malwina.

Komentarze (46)

Ocena: 5 / 5
Anonim (Ocena: 5) 16.09.2013 02:08
pamietam jak jako dziecko po zebraniu w sobie odwagi chciałam zadzwonić na niebieską linie ale z mojego telefonu brakowało środków, z innego nie mogłam zadzwonić.Numer znalazłam w piśmie młodziezowym, i to był tylko ten jeden. Teraz jestem wiekowo dorosła ale skrzywiona psychicznie, pamietam że w tamtym momencie kiedy automatyczny głos powiedział że nie mam wystarczającej ilości środków na koncie do połączenia, poczułam się już całkiem sama jak palec, z wiedza że gdzieś tam w kraju jest miła pani która wysłucha moich obaw i mnie wesprze, a ja nie mam jak dać jej znać ze jest źle i się boję. Pamiętam że to była noc, miałam max jakieś 12-13 lat i długo zajeło mi pokonanie myśli że ten telefon może sprawic że rodzina mnie znienawidzi, potrzebowałam pomocy. Dzisiaj to już smutna przeszłość i żal że była tak bezradnym dzieckiem. Czasem nawet teraz chciałabym zadzwonić pod taki telefon żeby ktoś mógł mi doradzić, lub wysłuchać, ale teraz jest już za późno, jestem skrzywionym dorosłym który wie że psychologom się nie ufa.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 15.09.2013 00:47
10 stron!? hahahahaha piszę komcia i spadam
odpowiedz
Kaja (Ocena: 5) 14.09.2013 20:48
alexandra jesteś żałosna i płytka jak blacha, do której przed chwilą wylałam swoje ciasto....
odpowiedz
nela (Ocena: 5) 14.09.2013 20:47
a znacie może jakiegoś dobrego psychologa na nfz z Łodzi albo jakąś poradnie? Pomóżcie pleaseee;/
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 14.09.2013 13:38
skad wy macie te nr bierzecie to z internetu? czy pracujecie w tym i macie z tego pieniadze, ze tyle komentarzy? osobiscie czy ja wiem kto tam siedzi? czy jakis psycholog czy naciagacz?
zobacz odpowiedzi (2)

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo