Kelnerki czują się niedoceniane. Przez lockdown nie dostają już napiwków

Goście wracają do restauracji, ale skąpią na obsłudze - twierdzi Karolina.
Kelnerki czują się niedoceniane. Przez lockdown nie dostają już napiwków
Fot. pexels (Ketut Subiyanto)
17.10.2020

Praca w gastronomii zawsze uchodziła za raczej niewdzięczne zajęcie. Stosunkowo niskie zarobki, dużo obowiązków, system zmianowy, brak etatów, a do tego klienci nie zawsze dobrze traktujący obsługę. Zajęcie raczej tymczasowe i tylko dla najbardziej wytrzymałych.

Zobacz również: Byłam kelnerką tylko przez miesiąc. Opowiem wam, dlaczego stamtąd uciekłam

Z drugiej strony jest to branża, w której najłatwiej zacząć. Elastyczna, niewymagająca wyższego wykształcenia i pozwalająca dorobić sobie w mniej oficjalny sposób. Chociażby poprzez napiwki, które dla obsługi stanowią istotne, jeśli nie główne źródło utrzymania. Przynajmniej do niedawna, bo lockdown wszystko zmienił - twierdzi nasza rozmówczyni.

Karolina jest zatrudniona w restauracji od niemal 4 lat, ale przez pandemię może to już długo nie potrwać. Jeszcze nigdy nie czuła się tak bardzo niedoceniona jak teraz.

restauracja

Co pomyślałaś, kiedy rząd zadecydował o zamknięciu lokali gastronomicznych?

Od razu zaczęłam liczyć, ile czasu dam radę się jeszcze utrzymać w mieście. Restauracja była moim jedynym źródłem zarobków i sposobem na przetrwanie studiów, które mam skończyć w przyszłym roku. Mimo wszystko ja i moje koleżanki z pracy byłyśmy dobrej myśli. To nie potrwa dłużej, niż 2-3 tygodnie. Trwało znacznie dłużej.

Jak sobie dałaś radę?

Miałam to szczęście, że jako jedna z najdłużej zatrudnionych osób mogłam pracować w zamkniętym lokalu. Nie przyjmowaliśmy gości, ale działaliśmy na wynos. Robiłam jako pomoc kuchenna, sprzątaczka, dostawca. Ruch w interesie był spory, więc spodziewałam się, że po lockdownie ludzie tym bardziej do nas wrócą. Głodni, znudzeni kwarantanną i jeszcze bardziej hojni.

Na jakiś czas musiałaś zapomnieć o napiwkach.

Przez pierwszy miesiąc dostałam może w sumie 20 zł. Zazwyczaj przy dowozach ktoś coś dawał, ale nie tym razem. Furorę zrobiła dostawa bezkontaktowa - kładłam zamówienie na wycieraczce, dzwoniłam dzwonkiem i uciekałam. Musiała mi wystarczyć bardzo skromna pensja podstawowa.

Zobacz również: Grzechy klientów restauracji: 6 zachowań, które irytują kelnerów

kelnerka

Wreszcie gospodarka została uwolniona. Wciąż z pewnymi ograniczeniami, ale lokale mogły zostać otwarte. Odetchnęłaś z ulgą?

Myślałam, że najgorsze już za nami. Jednak tak naprawdę niewiele się zmieniło. Pamiętam, że przez pierwszy tydzień po reaktywacji mieliśmy maksymalnie 2-3 klientów dziennie. Ludzie zapomnieli o jedzeniu na mieście, bo przemawiał przez nich strach. Dopiero w wakacje coś się w tej kwestii zmieniło, ale nie odzyskaliśmy wszystkich klientów. Co najwyżej 1/3. Kiedyś nawet lubiłam swoją pracę, a teraz wydaje mi się niepotrzebna.

Przecież obsługujesz gości i przyznajesz, że jest ich coraz więcej.

Ale wciąż bardzo mało, a na dodatek coś się w nich zmieniło. Już nie są tacy otwarci, jak wcześniej. Trzymają mnie na dystans - nie tylko fizyczny. Skończyły się niezobowiązujące rozmowy. A skoro nie ma fajnej interakcji, to mogę zapomnieć o docenieniu. Kiedyś mało kto pozwalał sobie wyjść z lokalu bez żadnego napiwku. Teraz to wręcz standard.

Zarabiasz mniej?

Przynajmniej o połowę, co w mojej sytuacji jest tragedią. Zaraz będę musiała poprosić o pomoc rodziców albo wrócić do domu z podkulonym ogonem.

kelnerka

Jak myślisz, z czego to wynika?

Nie jestem psychologiem, więc trudno mi to ocenić. Podejrzewam tylko, że przez kwarantannę osłabiły się więzi międzyludzkie. Przez kilka miesięcy siedzieliśmy zamknięci w domach i teraz jest nam już wszystko jedno. Na pewno pojawił się też strach, że w jednej chwili można wszystko stracić. Ludzie oszczędzają na wszystkim, a wizyta w restauracji to nie jest pierwsza potrzeba. Jeśli już wychodzimy, to jak najniższym kosztem. Oszczędzając m.in. na obsłudze.

Porozmawiajmy o konkretnych stawkach.

Nie pracuję codziennie, ale intensywnie. Głównym źródłem utrzymania były dla mnie weekendy. Tydzień w tydzień, przynajmniej po 12 godzin. Otrzymuję za to najniższą pensję, więc napiwki były zawsze na wagę złota. W dobre dni dostawałam nawet 200 zł za jeden „dyżur”. Teraz grosze. Czasami 1/10 z tego. Staram się robić dużo i jak najlepiej, ale ludzie już tego nie doceniają.

Czy to powszechne zjawisko?

Koleżanki z lokalu i ogólnie branży doświadczają tego samego. Kilka osób musiało odejść, bo nie były w stanie się utrzymać. Jeszcze chwila i ja też zrezygnuję. Czy uda się skończyć studia? Coraz bardziej w to wątpię, bo na horyzoncie wyczuwam kolejny lockdown. Dla gości napiwek to tylko kilka złotych. Dla mnie - szansa.

Zobacz również: Magda Gessler ostro o skąpych klientach restauracji. Chodzi o napiwki

Polecane wideo

„Ideał z fast foodu”. Sprzedawała burgery, a dziś walczą o nią agencje modelek
„Ideał z fast foodu”. Sprzedawała burgery, a dziś walczą o nią agencje modelek - zdjęcie 1
Komentarze (52)
Ocena: 4.52 / 5
gość (Ocena: 5) 22.10.2020 10:52
Tyle się mówi, że brak napiwku to brak kultury, a ja się pytam dlaczego? Ceny w restauracjach potrafią być tak kosmiczne, że pracodawcę naprawdę stać na opłacenie pensji. Przykładowo załóżmy, że też zarabiam najniższą krajową i co? Nie mogę wyjść do restauracji raz na jakiś czas? Czy mam odjąć dodatkowo ze swojej pensji, aby dołożyć komuś, kto zarabia tyle samo, co ja? Głupota. Kelenreki zgadzają się pracować za takie pieniądze, bo wiedzą, ze są napiwki. Jest masa zawodów, w których również wyciąga się minimalną, ale tam nie ma napiwków, dlatego idą na kelnerki, a później udają jak im tak źle, bo za ciężka praca, bo za niskie dochody. 200 złotych dniówki ekstra? Każdy by tak chciał, ale może majwyzsza pora z tym skończyć? Podpisując umowę godzisz się na stawkę, więc za nią pracujesz. Czasami jak obsługa jest naprawdę na poziomie (a to bardo rzadko się zdarza) zostawiam napiwek, ale zawsze płatny kartą. Skoro już im dopłacam do pensji to przynajmniej niech odprowadzą od niego podatek. Mnie za kilka tysięcy miesięcznie nieopodatkowanych dochodów już dawno ścigała by skarbówka.
odpowiedz
gość (Ocena: 5) 19.10.2020 21:10
Ludzie mniej zarabiaja to mniej wydaja. Potracili prace, nie stac ich na ekstra kase dla kelnerow. Zwyczaj jest glupi z reszta bo to pracodawca powinien placic pracownikowi. Jak ide do warsztatu samochodowego albo dl sklepu to nie daje ekstra kasy za obsluge.
odpowiedz
gość (Ocena: 1) 19.10.2020 13:03
A dlaczego dzielimy ludzi na lepszych i gorszych? Czemu tylko kelnerzy mają dostawać napiwki? co za problem przynieść danie i skasować? Jeszcze kucharzowi to rozumiem, ale kelner... bez przesady. To dajmy napiwki wszystkim. Kasjerkom w biedronce, ekspedientkom w sklepach. W czym one są gorsze niby?
zobacz odpowiedzi (1)
gość (Ocena: 5) 18.10.2020 07:56
Sorrunia, sama zarabiam niewiele wiecej, dlaczego mam kogoś sponsorować :D
odpowiedz
gość (Ocena: 5) 17.10.2020 13:56
Proponuję również napiwki dla pracowników sieciówek odzieżowych, którzy muszą się użerać z wrednymi, tandetnymi babsztylami, które myślą, że jak założą brokatową, kiczowatą i stanowczo za bardzo obcisłą koszulkę z wielkim logo Guess, to mogą traktować ubrania jak zwykłe szmaty i najgłośniej ujadać w kolejce by przyszła jeszcze jedna osoba do kasy, bo oczywiście na zakupy przyszło się w botkach na obcasie 12 cm i nóżki bolą nagle od chwili stania. A tam gdzie są działy dziecięce, to z marszu należy się wynagrodzenie za pracę w warunkach szkodliwych.
zobacz odpowiedzi (4)

Polecane dla Ciebie