EXCLUSIVE: Spowiedź hostessy

Weronika przez 2 lata musiała znosić humory klientów. Opowiada nam o kulisach zawodu hostessy.
EXCLUSIVE: Spowiedź hostessy
19.10.2013

„Przyjmiemy hostessę”, „poszukujemy reprezentacyjnych dziewczyn do promocji”, „praca dla młodych i komunikatywnych” - podobnych ogłoszeń w prasie i Internecie jest coraz więcej. I coraz częściej to jedyne zajęcie, na które studentki lub niedoświadczone pracownice mogą sobie pozwolić. Tutaj nie liczy się dyplom i specjalistyczne umiejętności. Powinnaś być jednak ładna, potrafić się wypowiedzieć i wzbudzać zaufanie potencjalnych klientów. Przez chwilę masz stać się wizytówką firmy, więc to odpowiedzialne zadanie.

Hostessy spotykamy niemal na każdym kroku. Promują produkty spożywcze w marketach, zachęcają do udziału w konkursach organizowanych przez centra handlowe, podkreślają urodę samochodów na targach motoryzacyjnych – ich głównym zadaniem jest sprawienie, by przypadkowi ludzie zainteresowali się recytowaną przez nich ofertą. Choć wydaje się, że to praca niewymagająca zbyt wielkich umiejętności, nie jest tak do końca. Przekonuje nas o tym doświadczona hostessa, która występowała w tej roli w naprawdę różnych okolicznościach...

supermarket

Weronika zaczęła w ostatniej klasie liceum. W weekendy promowała produkty w supermarketach, później przyszła pora na zlecenia innego typu. Zaczęła studiować zaocznie i stała się hostessą niemal na pełny etat. Codziennie pojawiała się w innym miejscu, by reprezentować zleceniodawcę. Jak to się zaczęło? - Pamiętam, jak byłam z mamą na zakupach i w galerii handlowej zobaczyłam charakterystyczny namiot. Już kiedyś coś takiego widziałam. Wtedy była to agencja aktorska, która poszukuje statystów do seriali. Zajrzałam i okazało się, że szukają hostess. Od razu powiedzieli, że powinnam spróbować, bo mam predyspozycje – wspomina.

- Mama nie miała nic przeciwko. Skoro ktoś docenił moją urodę, to przecież nie ma się co obrażać. Najpierw krótka rozmowa, kim jestem, czym się zajmuję, kiedy dysponuję wolnym czasem. Trochę się skrzywili, że wciąż się uczę, ale powiedzieli, że weekendowych zleceń i tak jest najwięcej. W środku mieli zaaranżowany regał. Pamiętam dobrze, że to były zupki w proszku. Miałam je zareklamować i przekonać, że warto wziąć 3 sztuki, a wtedy 4 będzie gratis. Poczułam się idiotycznie, bo komu potrzebne jest tyle tego świństwa. Ale jakoś z tego wybrnęłam. Podałam im numer telefonu i tak się skończył casting – opowiada nasza rozmówczyni.

supermarket

Weronika nie musiała długo czekać na odpowiedź. Podejrzewa, że albo nie było zbyt wiele chętnych, albo rzeczywiście ich do siebie przekonała. - Po 2 godzinach wróciłyśmy z zakupów i oni po chwili zadzwonili. Podobno byłam świetna, mam do tego talent i mam do nich wrócić jeszcze tego samego dnia. Dostałam pierwsze zlecenie, które miało się odbyć w kolejny weekend. Obiecali jakieś szkolenie w tygodniu, ale nic z tego nie wyszło. Nikt mi nie tłumaczył, jak rozmawiać z klientem i co robić, jeśli coś idzie nie tak. Dostałam tylko opis promowanego produktu i kilka kwestii, których muszę się nauczyć. Byłam przerażona, ale poszłam na żywioł – wspomina.

- Przyszłam do tego centrum handlowego jeszcze przed otwarciem. Czekała tam na mnie pani z tej agencji. Dała mi strój. To była bardzo krótka sukienka i wianek zrobiony ze zbóż. Czułam się w miarę swobodnie, ale do czasu, kiedy założyłam to na głowę. Strasznie niewygodne, te kłosy ciągle wbijały mi się w głowę, dostałam jakiejś wysypki. Postanowiłam to przetrwać. Miałam tam sterczeć 4 godziny od otwarcia. Myślałam, że będzie spoko, bo wtedy jest najmniej klientów. Po 3 godzinach przyszła ta kobieta i powiedziała, że jednak nie mam zmiany na dziś i muszę jeszcze wytrzymać drugie tyle. Przysługuje mi jedna półgodzinna przerwa w połowie czasu – opowiada nam Weronika.

- To nie było zbyt fajne przeżycie. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, bo łaziłam wzdłuż tego regału przez tyle czasu. Jedyne co widziałam, to regał naprzeciwko i mnóstwo ludzi. Zaczęłam ich zagadywać. Spokojnie opowiadałam, że to najlepszy makaron pełnoziarnisty i teraz jest promocja. Trzeba zebrać kody kreskowe z trzech opakowań, odesłać je na adres producenta i dostanie się pojemnik na żywność lub weźmie się udział w losowaniu garnków do gotowania makaronu. Większość grzecznie dziękowała, inni brali te makarony, ale zdarzali się też dziwni i agresywni klienci. To naprawdę był jeden z najgorszych dni w moim życiu – wspomina.

Młoda dziewczyna w oku cyklonu, nieprzygotowana do swojej roli, nieznająca dokładnie swoich praw i tego, co jej wypada. Znosiła to wszystko, żeby otrzymać pełne wynagrodzenie za zlecenie. - Jeden facet wydawał się zainteresowany, zagadałam go. Wytrącił mi opakowanie z ręki i nadepnął na nie. Możecie sobie wyobrazić, co się stało. Makaron eksplodował z paczki i rozsypał się po całej podłodze. Odszedł. Dopiero po 20 minutach przyszła sprzątaczka, a do tego czasu brodziłam w tym suchym makaronie. Inna kobieta niby przypadkiem wjechała z całą siłą wózkiem we mnie. Prawie się przewróciłam. Zwróciłam jej uwagę i usłyszałam od staruszki wiązankę. Żebym nie stała tu jak kołek i nie zagradzała drogi – opowiada.

- Mimo wszystko trochę tego makaronu zeszło i dostałam swoje pieniądze. Nie było to dużo, ale dla licealistki i tak sporo. Jakiś czas później dostałam jeszcze gorsze zadanie. Musiałam promować kotleciki sojowe. Ale to nie było już tylko stanie i mówienie o nim. Dostałam małe stoisko, na nim kuchenka elektryczna i przez kilka godzin smażyłam te kotlety. Do dzisiaj czuję ich zapach i nienawidzę soi. Wtedy naprawdę zrozumiałam, że ludzie nie mają wstydu. Ustawiały się ogromne kolejki, bo skoro dają coś za darmo, to trzeba wziąć. Niestety, nie wszyscy byli zadowoleni i to się odbiło na mnie. Myślałam, że przy makaronach wysłuchałam się wystarczająco, ale tym razem było jeszcze gorzej... - mówi Weronika.

- Ludzie myśleli, że to schabowe, a potem wielkie pretensje, że wprowadzam ich w błąd. Nade mną był szyld z nazwą firmy i wyraźnie było napisane, że to produkty sojowe. No, ale nie chce im się czytać, a 20 minut w kolejce mają siłę stać. Najpierw było oburzenie, dlaczego daję tak mało. To były 2-centymetrowe kawałeczki. Miałam konkretną ilość na cały dzień, więc musiałam jakoś rozdzielać te porcje. Zresztą, to przecież promocja. Ludzie mają spróbować, a nie nażreć się na cały dzień... Nie wiem o co chodzi, ale znowu najgorsze świństwo zrobił mi starszy człowiek. Wziął, od razu wsadził kotleta do ust, skrzywił się i plunął mi tą zmieloną soją na fartuch. Resztki wylądowały na patelni, więc musiałam wszystko wyrzucić. Ludzie uciekli stamtąd. Raczej nie mieli już ochoty – twierdzi.

Przez pierwsze miesiące kariery naszej hostessy, dominowały promocje kulinarne. Swoje centrum handlowe znała już na pamięć i powoli przyzwyczajała się do dziwnych zachowań klientów. Wreszcie przyszła pora na zlecenie innego typu. Znowu w galerii, ale tym razem poza sklepem spożywczym. Na środku stał samochód, który był główną nagrodą w loterii. Weronika wraz z inną hostessą zachęcała do udziału w konkursie i prezentowała pojazd. - Myślałam, że będzie całkiem fajnie. Na zmianę siedziałyśmy w tym samochodzie z odsłoniętymi nogami, albo chodziłyśmy wokół niego i rozdawałyśmy kupony konkursowe. Ludzie byli bardzo sympatyczni. No, ale nie obyło się bez dziwnych sytuacji... - wspomina nasza bohaterka.

- Byłam pewna, że jak już, to najgorsi będą nasi rówieśnicy, którzy będą chcieli pooglądać nas, a nie samochód. Znowu życie mnie zaskoczyło. Najbardziej nieprzyjemne słowa i gesty pojawiły się ze strony mocno dorosłych mężczyzn. Facet szedł sobie z małżonką, ona wreszcie traciła cierpliwość i szła z koszykiem na salę, a on zostawał z nami. Niby oglądał auto, a bardziej był zainteresowany nami. Najczęściej pytali, czy my też jesteśmy do wygrania razem z tym samochodem. Prosili też o pokazanie wnętrza pojazdu. Siadałam z jednej strony, facet z drugiej. Zdarzyło się, że gładzili nas po nogach, dyskretnie błagali o numer telefonu, pytali, czy spotykamy się też prywatnie – opowiada.

- Wtedy poczułam się jak zwykła prostytutka. Oni tak nas postrzegali. No, prawie jak tirówka, bo w końcu sterczę przy samochodzie w kusej spódniczce. Zachowywali się jak kompletne świnie. Starzy faceci, którzy próbują wyrwać młodą laskę. Jeden zaproponował, że weźmie mnie na przejażdżkę, bo ma jeszcze lepszą brykę. Inny nie owijał w bawełnę i zaoferował 2 tysiące za „seksik” na tylnym siedzeniu. Radzę kobietom, żeby nie dopuszczały do takich sytuacji. Chłopa trzeba przegonić, jeśli chce się zatrzymać przy takiej promocji. Jeśli nie boisz się o swojego partnera, to przynajmniej oszczędź wstydu tym dziewczynom - radzi.

Weronika ma na swoim koncie wiele zleceń. Jak twierdzi, większość z nich w ogóle nie była warta zachodu, a przede wszystkim ogromnego stresu. Wielokrotnie składano jej niemoralne propozycje, obrażano i wyśmiewano. Wtedy nie miała jednak wielkich wymagań i liczyło się to, że może zarabiać. Nawet, jeśli nie były to największe pieniądze. Dlaczego zrezygnowała? - Miałam dosyć tych upokorzeń. Znalazłam inną, normalną pracę i nie musiałam już robić z siebie idiotki za marne grosze. Moje ostatnie zlecenie to była impreza dla dzieci. Miałam stać z balonami i koszykiem cukierków. Oczywiście w centrum handlowym. Wtedy uświadomiłam sobie, że lepiej już nie będzie – twierdzi.

- Myślałam, że dzieci będą potrafiły się zachować, ale nie wszystkie były takie grzeczne. Zresztą, nadrabiali ich rodzice. Żądali po kilka balonów, bo Kasia jest tutaj i chce jednego, w domu czeka Zosia, jest też kuzyn Piotruś i Michaś, ktoś jeszcze. Próbowali mi wyrywać po kilka sztuk. Spokojnie wręczałam po jednym balonie jednemu dziecku, ale jak się taki maluch rozpłakał, że chce więcej, to mamusia lub tatuś wkraczali do akcji. Wrzeszczeli, że co ja sobie wyobrażam, że to tylko balony i dlaczego sprawiam dzieciom taką przykrość. No właśnie, to tylko balony, a była afera, jakby nie wiadomo co to było. To było tak żenujące, że w głowie się nie mieści – wspomina.

- Jeszcze gorzej było z cukierkami. Rozumiem, że dziecko weźmie sobie kilka, bo jest zachłanne i niczym się nie krępuje. Ale dorośli? Było kilka sytuacji, kiedy kilkulatek odwracał moją uwagę, wybierając sobie balona, w tym czasie dorosły sięgał do koszyka i brał cukierki garściami. Mam nadzieję, że to nie tylko nasza polska specjalność. Wydawało mi się, że to najlżejsza promocja, jaką mogę sobie wyobrazić, ale było tak strasznie, że coś we mnie pękło. Przysięgłam sobie, że nigdy więcej – twierdzi Weronika.

Nasza rozmówczyni przez 2 lata musiała znosić humory i zachcianki klientów. Jak twierdzi, ma w pamięci wiele zabawnych anegdot, ale zdecydowana większość wspomnień to dla niej koszmar. Nie chodzi nawet o to, czy ktoś jej naubliżał czy zawstydził. Bardziej przejęła się tym, do czego zdolni są inni ludzie. Postanowiła, że nie chce być dłużej bezbronną tarczą, w którą każdy przypadkowy człowiek może uderzać bez opamiętania. Zmieniła zawód i jak twierdzi, wreszcie odetchnęła.

- Jeśli ktoś chce spróbować swoich sił w tym fachu, to niech to zrobi. Ale warto się poważnie zastanowić. Wiem, że ofert pracy dla niedoświadczonych nie jest zbyt wiele, ale to powinna być ostateczność. Zresztą, moje przygody to nic w porównaniu z tym, co może spotkać nieuważne dziewczyny. Bardzo często w ogłoszeniach termin „hostessa” to zamiennik zwykłej prostytutki. Nie ufajcie wszystkim, zgłaszajcie się tylko do sprawdzonych agencji, które wyślą was do marketu, a nie burdelu! - przestrzega.

Komentarze (56)

Ocena: 5 / 5
agnesska27 (Ocena: 5) 28.06.2016 10:28
No to powiem Wam, że ja mam zupełnie inne doświadczenia. Od dwóch lat wsółpracuje z agencją hostess w Warszawie Obsession i jeszcze nigdy nie miałam "żadnych dziwnych sytuacji". Pokutuje jakiś beznadziejna opinia, że hostessy są brane na pokoje. Pracuję ze świetnymi ludźmi, mam mnóstwo oddanych koleżanek, na które zawsze mogę liczyć. Dbamy o siebie, bo tego wymaga nasza praca. Ale oprócz ładnych paznokci i włosów, mam też certyfikat z angielskiego i uczę się szwedzkiego. Praca jest ciężka ale bardzo saftysfakcjonująca. Dziewczyny, które chcą sobie dorobić na targach, eventach czy konferencjach, wyślijcie swoje portfolio http://agencjaobsession.pl/, ja zdecydowanie polecam!
odpowiedz
Janka (Ocena: 5) 17.06.2015 11:37
Ja dopiero zaczynam pracę hostessy domenahostess.pl wszystko dokładnie mi wyjaśniła i też dlatego zdecydowałam się, aby iść na casting i się udało. Fajnie, że są strony internetowe gdzie można się dowiedzieć jak działa profesjonalna hostessa.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 22.04.2014 11:19
Tylko mozna Ci wspolczuc, ze za marne grosze przez 2 lata stałych w aupeemarketach. Gdybys sie nadawała zarabialabys chociażby 30 zl za godzine na promocjach alkoholi czy bankietach...
odpowiedz
kejo (Ocena: 5) 23.10.2013 10:00
Łukasz Hirsz z Łodzi zapamietajcie sobie to imie i nazwisko, NIE WYPŁACA pieniedzy
odpowiedz
hh (Ocena: 5) 23.10.2013 09:55
za duzo hostess narobilo sie w kraju i tym artykulem chca zniechecic nowe mlode hostessy
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo