EXCLUSIVE: Spowiedź ochroniarza i selekcjonera w nocnych klubach

Kamil opowiada o tym, jak bawią się Polacy i dlaczego klub z selekcją ma być lepszy od lokalu z przypadkowymi gośćmi.
EXCLUSIVE: Spowiedź ochroniarza i selekcjonera w nocnych klubach
12.10.2013

Gdzie bawi się dzisiejsza młodzież i nieco starsi? Choć słynne domówki przeżywają swój renesans,  dla wielu najlepszym miejscem jest wciąż ulubiony lokal. W mniejszych miejscowościach są to przede wszystkim dyskoteki, na które wstęp ma dosłownie każdy chętny, a w miastach – coraz bardziej snobistyczne kluby, które selekcjonują swoich gości. Kamil od kilku lat pracuje w takich miejscach. Najpierw jako ochraniający cały obiekt i kontrolujący sytuację w środku, a dzisiaj jako bramkarz. Choć sam woli, by nazywać go selekcjonerem. Specjalnie dla nas, opowiada, jak wygląda życie nocne stolicy z drugiej strony.

Jakie grzechy najczęściej popełniają goście klubów? Czy w takich miejscach rzeczywiście jest bezpiecznie, a selekcja to najlepszy sposób na udaną zabawę? Jak bawią się Polacy i jak reagują, jeśli właśnie on zabroni im wstępu do środka? Mój rozmówca jest doświadczonym pracownikiem tej branży, wiele wie, wiele sytuacji widział na własne oczy. Jak sam twierdzi, przez lata wyrobił w sobie zmysł, dzięki któremu szybko i trafnie ocenia ludzi. Zaczynam od najprostszego pytania – gdybym pojawiła się przed jego klubem, czy przeszłabym selekcję i mogłabym się bawić w towarzystwie wybrańców losu?

 

Przejdźmy więc do lokalu z wyższej półki, gdzie aktualnie rządzi mój rozmówca. Nie spotkasz go tam co wieczór, bo jak twierdzi, w dni powszednie wpuszczać może byle amator i nie będzie afery. Weekendy to najbardziej newralgiczny moment w tygodniu, bo wtedy do klubu próbuje się dostać najwięcej ludzi. Zwłaszcza tych nieodpowiednich. - Nie wiem, jak to działa, ale mam taką teorię... Albo mieszkańcy najgorszych dzielnic wreszcie docierają do centrum i koniecznie chcą zasmakować w prawdziwej Warszawie, albo to przyjezdni z okolicznych wiosek. Specjalnie się od siebie nie różnią. Ten sam styl – napalone lolitki i koguciki, którzy pozują na najfajniejszych i najbardziej wyluzowanych ludzi w mieście. A to tak naprawdę bieda do kwadratu – uważa Kamil.

- Kogo wpuszczamy, a kogo nie? Mówiłem już, że mam do tego oko. Kiedyś miałem opory przed takim szybkim ocenianiem nieznanych mi osób, ale teraz nie mam wyrzutów sumienia. Klasę i styl wyczuwam podświadomie. Mam trzecie oko, bez którego selekcjoner to żaden selekcjoner. Chociaż przyznam, czasami czuję się jak pracownik rzeźni, do którego podjeżdżają na hakach sztuki mięsa, a on musi ocenić, czy to produkt pełnowartościowy, czy lipa, którą trzeba sprzedać na promocji. Albo mamy do czynienia z szyneczką po 90 zł za kilogram, albo mielonką za 9,99 zł – śmieje się mój rozmówca.

Zasady selekcji nie są spisane w formie regulaminu. Nie jest tak, że w takim stroju wejdziesz, a w takim nie, taki zegarek i buty zapewniają wstęp, a tańsze zamienniki dyskwalifikują. Tak naprawdę wszystko zależy od wyczucia selekcjonerów. A także znajomości. - W pracy spotykam się z wieloma ludźmi, mam też swoje oczy i widzę, co się nosi na mieście, jak zachowują się ci z najwyższej półki. Podświadomie wyczuwam, że ten gość nie narobi nam syfu w środku, będzie się grzecznie bawił, a na dodatek zostawi w barze mnóstwo pieniędzy. I o to właśnie chodzi. Ma być bezpiecznie, a klub ma na tym jeszcze jak najwięcej zarobić. Nie interesuje nas para w stylu dresiarz i jego głupia laska, bo co oni sobą reprezentują? - zastanawia się Kamil.

- Tacy ludzie mają tendencję do zabawy na krzywy ryj. Od biedy zamówią sobie po jednym piwku, bo na więcej nie byłoby ich stać. Zresztą, u nas w grę wchodzą raczej bardziej eleganckie alkohole. Niektóre butelki są wycenione na kilka tysięcy złotych, więc normalny człowiek nie mógłby sobie pozwolić nawet na kroplę. A skoro o tym mówię, to takich flaszek sprzedaje się w weekend nawet kilkanaście. Wiadomo, że nie kupuje ich byle kto i nie wypija sam. Ale jak przychodzi w eleganckim towarzystwie, to chce się pokazać. Co z tego, że dana marka w sklepie kosztuje przynajmniej o połowę mniej. W tym momencie nie liczą się koszty, ale to, żeby wyjść na kogoś lepszego – twierdzi.

facet

- Sorry, ale nie i nie bierz tego do siebie. Teraz pracuję w klubie, w którym są jasne wytyczne dotyczące przede wszystkim wyglądu. Dobrze ci z oczu patrzy, ale strój, chociaż bardzo ładny, nie pasuje do tego miejsca – Kamil nie pozostawia złudzeń. Wszystko wskazuje na to, że mój piątkowy wieczór zakończyłby się jeszcze przed drzwiami modnego lokalu. - Nie oszukujmy się, normalnie bym się nie tłumaczył. Powiedziałbym „dziękujemy, może następnym razem” i tyle. Często dochodzi do pyskówek, ale takie są efekty biforów (before party – rozgrzewka przed zabawą na mieście, najczęściej polegająca na wypiciu kilku drinków przed wyjściem do klubu – red.). A wystarczy się dowiedzieć, kto ma tu wstęp i nie byłoby nieporozumień – tłumaczy Kamil.

Mój rozmówca wcześniej pracował w lokalu o nieco niższej renomie. Takim przeznaczonym praktycznie dla każdego. Tam nikt nie patrzył na strój i sposób bycia gości. Właścicielom chodziło wyłącznie o jak najwięcej gości i jak najwyższy obrót za dany wieczór. - Sam bawiłem się w takich miejscach, bo kto by mnie wpuścił do porządnego klubu... Widzisz, jak wyglądam. Nawet jeśli ubiorę się elegancko, to potrafię przestraszyć posturą i wyrazem twarzy. Tak już mam. Nigdy nie próbowałem przejść selekcji, bo ani mi nie zależało na towarzystwie pozerów, ani nie było mnie na to stać. Ale jeśli są ludzie, którzy czują się dobrze wyłącznie w towarzystwie sobie podobnych, to dlaczego im tego nie umożliwić? - zastanawia się.

- Aktualny klub to na pewno nie jest oaza spokoju. Większość ludzi zachowuje się przyzwoicie, ale zdarzają się mocne akcje. A to i tak nic w porównaniu z tym, co widziałem w poprzednim miejscu. Tutaj ktoś czasem wciągnie kreskę, a tam zdarzało się dawanie sobie w żyłę, kopulowanie w brudnym kiblu, mordobicia, najazdy policji. Działo się... Dalej uważam, że selekcja jest trochę snobistyczna, ale jednak życiowa. Wolałbym się bawić w przewidywalnym towarzystwie, niż w takim cyrku. Niektórzy ludzie w weekend zapominają o swoim rozumie i godności. Zachowują się jak zwierzęta, które chcą tylko się nażreć, napić i zaliczyć. Cokolwiek, co tylko się rusza – Kamil nie kryje swoich poglądów.

Nasz bohater nie lubi wracać do sytuacji sprzed lat, ale wreszcie udaje mi się go namówić na kilka pikantnych szczegółów z życia warszawskich imprezowiczów. - To, co mnie najbardziej wkurzało, to zupełny brak klasy niektórych. W tamtym klubie co drugi chłopak miał na sobie wyjściowe dresy, wyprasowane prawie w kant i koszulkę z głupim napisem. Laski zakładały najkrótsze miniówki, do tego kozaki, a na twarzy jakieś brązowe plamy od samoopalacza. To wcale nie jest widok z wiejskiej dyskoteki, bo w stolicy ludzie wcale się tak nie różnią. Wielu miało też lepkie ręce. Albo chwytali za wyposażenie lokalu, albo za koleżanki z parkietu. Po każdym wieczorze liczyliśmy straty. Czasami ginęła połowa zastawy. Kradli szklanki, kieliszki, nawet serwetki z baru. Wielki świat – ironizuje.

- Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co się działo przed wejściem, albo w toaletach. Na zewnątrz spotykali się goście, którzy posprzeczali się w środku. Tam mogą sobie dać w pysk. Pamiętam sytuację, kiedy jeden chłopak zarzucił drugiemu, że nieodpowiednio spoglądał na jego dziewczynę. Mocno oberwał, prawie nos mu złamał, kiedy walił jego głową o elewację. Zrobiłem tam porządek i byłem pewien, że to koniec ich zabawy. Powiedzieli, że już sobie wszystko wyjaśnili, a tak naprawdę są dobrymi przyjaciółmi. Ten atakujący złapał ofiarę pod rękę i weszli z powrotem. Ładnie się bawili i nie było już żadnego problemu. Najwyraźniej lubią sobie od czasu do czasu dać po przyjacielsku w pysk – śmieje się Kamil.

Mój rozmówca ma też wiele do powiedzenia na temat toalet. Jak twierdzi, to tam toczy się prawdziwe życie nocne. - Nie oszukujmy się, to nie był renomowany lokal, więc sprzątaczki przecierały podłogę przed wieczorem i następnego dnia. Syf z całego wieczoru się tam zbierał i momentami nie najlepiej pachniało. Niektórzy widocznie lubią takie klimaty, bo mało kto się tam załatwiał, a większość kopulowała. Były sytuacje, kiedy wszystkie kabiny były zajęte i aż trzeszczało. Grzecznie pukałem i nakazywałem zachowanie spokoju. Dawałem im 2 minuty na wyjście. W przeciwnym wypadku wyrwałbym drzwi z zawiasami i wyprowadził ich za fraki. Na szczęście wszyscy grzecznie się słuchali – wspomina.

- Chyba nie muszę mówić, co się tam działo po zamknięciu. Wszystko ubrudzone, nawet nie chcę wiedzieć czym. Ale chyba chciałbym wiedzieć, ile dzieci zostało tam poczętych... - śmieje się Kamil. - Wiadomo, że to głównie małolaty, bo kto dorosły przeżywa intymne chwile nad brudnym kiblem. Wypraszaliśmy ich z łazienki i tyle. Interwencja policji nie wchodziła w grę, bo zamknęliby nam interes. Powiem tak – nie wszyscy goście byli pełnoletni. Praktycznie nikt na to nie patrzył przy wejściu, a przy barze tym bardziej. Obsługa miała sprzedać tyle i tyle alkoholu, a skoro ci starsi i bogatsi wynieśli się do innych miejscówek, to trzeba było przymykać oko. Nigdy nie mieliśmy kontroli, policja interweniowała tylko przed. A, przepraszam, była jedna! BHP – uśmiecha się.

Kamil zarzeka się, że nigdy nie chciałby już wrócić do lokalu bez selekcji. - Może jestem dziwny, ale dla mnie taka zabawa to żadna przyjemność. Kiedyś bywałem, fakt, ale wydawało mi się to fajne. Chlanie do rana, chętne dziewczyny, zupełny brak kontroli. Jeśli jednak masz trochę klasy i kasy, to lepiej celować w kluby o wyższej renomie. Tam też możesz dostać w twarz, ale to się zdarza bardzo rzadko. No i nie musisz patrzeć na te wszystkie tanie dziewuchy i dresów napinających niedorozwinięte mięśnie. To jest totalna tanizna i nikogo normalnego taka zabawa nie będzie cieszyła – twierdzi.

- Pamiętam faceta, który poprosił o szklaneczkę naszego najdroższego whisky. Barman powiedział mu, że musiałby otworzyć nową butelkę. To była niedziela, więc trudno będzie sprzedać resztę. Facet wyciągnął kartę, zapłacił za całość, wypił jedną szklaneczkę i poszedł. To był chyba najdroższy napój, jaki można sobie wyobrazić. Kilka tysięcy za kilka kropli. Nie chciał wziąć butelki ze sobą. Wynoszenia raczej nie praktykujemy, ale tym razem barman nalegał. Gość powiedział, że ma kilka takich samych w domu i tyle go widzieliśmy. Rozumiem, że kogoś stać na takie gesty, ale to już wyrzucanie pieniędzy w błoto. Nawet nie miał komu zaimponować bo był sam – śmieje się Kamil.

Nasz bohater trochę się peszy, kiedy pytam o mocniejsze używki obecne w klubie. Twierdzi, że nie ma tu miejsca dla dilerów. Jeśli ktoś chce się w coś zaopatrzyć, to zrobi to na mieście. I tam też skonsumuje, chociaż kilka razy przyłapał zbyt rozbawionych imprezowiczów na gorącym uczynku. - Babka wciągała koks bezpośrednio z baru. Desperatka, bo mogła chociaż wyjść do kibla. Ale było jej już chyba wszystko jedno. Od razu wzięliśmy ją za fraki i wyprowadziliśmy z klubu. Barman opowiadał, co się działo w międzyczasie. Chciał zetrzeć resztki proszku ścierką, ale ubiegła go jakaś inna dziewczyna. Położyła głowę na blacie i zaczęła wciągać wszystko, co tylko znalazła. W życiu nie słyszałem o większym upodleniu – wspomina.

- Co do samej selekcji, to temat rzeka. Chyba nie jest tajemnicą, że mamy swoich zaufanych gości, których wpuszczamy bez kolejki i sprawdzania. Najczęściej wchodzą bocznym wejściem, ale jak chcą się popisać, to idą tam, gdzie stoi cała reszta. Szaraczki czekają jak na zbawienie, a oni włażą jak do siebie. Chętnie bym kogoś takiego zatrzymał i nie wpuścił, ale skoro mam nakaz szefostwa, to co ja mogę. A jeśli chodzi o tych nieznanych, to czasami bywa krępująco. Są dni, kiedy odsyłamy jednego za drugim. Ostatnio przez pół godziny nie wpuściliśmy nikogo. Nie wiem co to było. Chyba jakaś wycieczka z Radomia, czy coś – uśmiecha się.

Mój rozmówca przeszedł długą drogę. Od osiłka, który miał za zadanie temperować zachowanie „najzwyklejszych” gości, aż do selekcjonera, który decyduje o tym, kto może bawić się w elitarnym lokalu. Dzisiaj mięśnie i słuszna postura nie przydają się już w praktyce. Grzecznie spogląda na delikwenta i albo zaprasza go do środka, albo grzecznie dziękuje. Ocenianie gości wciąż wzbudza spore emocje, ale sam twierdzi, że to koniecznie. W przeciwnym wypadku każdy lokal, nawet w stolicy, przypominałby wiejską dyskotekę...

KP

Komentarze (28)

Ocena: 5 / 5
Anonim (Ocena: 5) 16.10.2013 20:37
hahaha wycieczka z Radomia
odpowiedz
giu (Ocena: 5) 12.10.2013 21:29
Kiedyś byłam w tzw lepszym lokalu, gdzie niektóre bywalczynie były ubrane w sukienki koktajlowe, czy też prawie suknie wieczorowe. Jak dla mnie żenada, lepsza dyskoteka, zawsze pozostaje tylko dyskoteką. Więcej się tam nie wybieram.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 12.10.2013 19:39
Mieszkam w małym mieście i jakoś boję się tego, że w większym, np w stolicy czy Poznaniu nie zostałabym wpuszczona. Nie jestem może najgorsza, jak poświęcę masę czasu na makijaż i ukryję moje przebarwienia, rozszerzone pory to i tak nie ukryję bardzo długiego nosa :p Jakie robicie fryzury z długich kręconych włosów?
zobacz odpowiedzi (1)
Podpis... (Ocena: 5) 12.10.2013 19:14
mnie zawsze i wszedzie puszczaja bo jestem piękna!!!
odpowiedz
ja (Ocena: 5) 12.10.2013 17:16
U nas w Sopocie jest sporo klubow z selekcja, i tego sie nie uniknie, aczkolwiek nie wiem kompletnie dlaczego np moj kolega nigdy nie moze wejsc, jest cichym normalym chlopakiem, a nawet jak sie zapisuje na liste tydzien wczesniej gdzie teoretycznie powinno sie wchodzic za free i bez selekcji to tez mu odmawiaja ;p ja za to zawsze wchodze do klubow, moich znoajomych do tych lepszych czasem nie wpuszczaja, pomaga mowienie po angielsku np :) zawsze sie dziwie ze np jestem sama wchodze zeby obczaic wychodze po koilezanki i ich juz nie chca, a uwazam sie za najbrzydsza z kolezanek, najgorzej ubrana i najgrubsza.. dziwne to. Widocznie mi klasa z ryja bucha :P
zobacz odpowiedzi (2)

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo