EXCLUSIVE: Spowiedź ekspedientki

Monika opowiada o kulisach swojej pracy.
EXCLUSIVE: Spowiedź ekspedientki
30.01.2013

Ekskluzywny butik w modnym warszawskim centrum handlowym. W środku perfekcyjnie poukładane ubrania, uśmiechnięte od ucha do ucha sprzedawczynie i kilka zainteresowanych towarem klientek. W powietrzu unosi się ładny, słodki zapach perfum, a w tle gra nastrojowa muzyka. Brzmi jak wymarzone miejsce do pracy? Niekoniecznie. Jedna z pracownic sklepu zgadza się spotkać ze mną na neutralnym gruncie i opowiedzieć mi o kulisach swoich codziennych obowiązków. To, o czym mówi, wcale nie jest „łatwe i przyjemne”, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Umawiam się z Moniką* w pobliskim pubie. Przychodzi późnym wieczorem, tuż po zamknięciu butiku. – Jestem wykończona, więc nasza rozmowa nie potrwa długo – zaznacza na wstępie. – Jutro otwieram sklep, więc będę musiała przyjść pół godziny wcześniej. Wiesz, pozamiatać podłogi, podliczyć forsę na kasie, ogarnąć ubrania na wieszakach i ewentualnie na manekinach – wylicza jednym tchem i szybko dodaje: - Niezbyt to lubię.

Ekspedientka

Ponieważ wiem, że Monika przeznaczyła na naszą rozmowę niewiele czasu, proszę ją pośpiesznie o wyjawienie kilku oszustw, które serwują klientom sprzedawcy. – Lista jest naprawdę długa – śmieje się dziewczyna. – Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to oczywiście wyprzedaże. Najpierw wciska się ludziom kit, że mogą kupić świetne ciuchy nawet 80 procent taniej. Dopiero potem orientują się, że najbardziej przecenione rzeczy są albo uszkodzone albo mają nietypowe rozmiary. Poza tym zdarza nam się w czasie wyprzedaży zawyżać ceny ciuchów, a nie je zaniżać. Nalepiamy np. na bluzkę „okazyjną” cenę 89 zł, a przed przeceną można ją było kupić już za 59 zł – opowiada moja rozmówczyni.

Ekspedientka

Po chwili kontynuuje: - Poza tym czasami, niby przypadkiem, na towarach znajdują się błędne ceny. Klient myśli, że spodnie kosztują 159 zł, a przy kasie okazuje się, że prawdziwa cena to 199 zł. Jedni wtedy rezygnują z zakupu, innym już nie chcę się wycofywać, choć oczywiście przeklinają pod nosem.

Na czym jeszcze polegają nasze drobne oszustwa? Oczywiście na kłamaniu klientom w żywe oczy. Zdania: „Wygląda w tym pani naprawdę zachwycająco”, „Ten kolor podkreśla pani spojrzenie”, czy „Ten krój optycznie wyszczupla” recytuję codziennie bez zająknięcia, nawet jeśli babka jest wyjątkowo nieatrakcyjna, a ciuch leży na niej tragicznie. Skoro sama nie ma na tyle samokrytycyzmu, żeby to dostrzec, to jej problem. Mnie zależy na sprzedaniu towaru, to oczywiste.

Ekspedientka

Kiedy pytam Monikę, dlaczego zdecydowała się na pracę w sklepie odzieżowym, odpowiada z rezygnacją: - Bo myślałam, że to prosta, niewymagająca wysiłku robota. Wręcz idealna dla zaocznej studentki. Wydawało mi się, że wystarczy ładnie się uśmiechać do klientów, doradzać im życzliwie i inkasować gotówkę. Nie wpadłam na to, że przez kilka godzin z rzędu będę musiała stać na nogach, bo szef nie lubi jak jego pracownicy „się nudzą”. Że każdego dnia będę składać raporty ze sprzedaży. Że pod presją czasu będę wypakowywać ogromne i ciężkie pudła z dostaw. Albo że czasami nie będę miała chwili nawet na to, żeby skorzystać z toalety czy coś zjeść.

Moja rozmówczyni zamyśla się na chwilę, a potem dodaje: - Nasze pensje też nie są szczególnie zachęcające. Ja np. zarabiam około 1100 zł netto, a pracuję na cały etat. Umowa oczywiście śmieciowa, ale nie przeszkadza mi to tak bardzo, bo jeszcze studiuję. Tak w ogóle to przypomina mi się śmieszna anegdota z rozmowy kwalifikacyjnej. Jak mój przyszły szef zapytał mnie, jak wyobrażam sobie swoje obowiązki zawodowe, spytałam go najpierw o wynagrodzenie. On podał kwotę, a ja na to: „Za tyle to mogę przebierać manekiny”. Facet uznał, że jestem zabawna i mnie zatrudnił, ale pensja rzeczywiście godna pożałowania.

Ekspedientka

Monika, zapytana o największe minusy swojej pracy, nie musi się zastanawiać długo. – Najbardziej denerwuje mnie wieczne układanie ciuchów w idealną kosteczkę. Złożę raz, a za chwilę pojawia się tłum klientek, które rozwalają je i rzucają na stertę. I tak w kółko, do obrzydzenia. Wkurzające jest także udawanie przed szefem, że zawsze mamy coś do roboty, nawet jak w sklepie nie ma ani jednej klientki. Nie możemy wtedy tak po prostu posiedzieć i poplotkować, tylko zamiatamy podłogę, ścieramy nieistniejące kurze, liczymy pieniądze w kasie, sprawdzamy ubrania na wieszakach…

Musimy też uważać na kontrole z zewnątrz, które sprawdzają, czy w sklepie wszystko funkcjonuje prawidłowo. Kontrolerzy najczęściej udają zwykłych klientów, ale łatwo ich rozpoznać po tym, że zawsze zadają sprzedawcom milion pytań. Są dociekliwi, wybredni, dopytują się o rabaty i karty stałego klienta, a w rezultacie i tak nic nie kupują.

Niezbyt podoba mi się również to, że jak zginie jakiś ciuch, a złodziejek niestety wśród naszych klientek nie brakuje, to musimy za niego płacić z własnej kieszeni. Pensja jest niewielka, więc nie uśmiecha nam się wyrównywać tych strat… No ale kto w dzisiejszych czasach nie narzeka na swoją pracę? Większość z nas pewnie ma w głowie spis takich denerwujących spraw. I to mnie pociesza.

*Imię bohaterki artykułu zostało zmienione.

Komentarze (149)

Ocena: 5 / 5
Anonim (Ocena: 5) 02.02.2013 21:48
jesli na rzeczy jest nizsza cena niz w rzeczywistosci, to klient ma prawo kupic rzecz po takiej cenie jaka jest naklejona - wiec to sciema z tymi przekretami
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 01.02.2013 21:07
Bajki wyssane z palca autorki
zobacz odpowiedzi (1)
Anonim (Ocena: 5) 31.01.2013 23:32
Zgadzam sie! Jak dla mnie to brednie. sama pracowałam w kilku sklepach i gdy cena sie nie zgadzała to dostawało sie nam na sklepie. Klienci nie sa tacy głupi jak sie takim jak ta z wywiadu wydaje.
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 31.01.2013 23:29
Brednie!
odpowiedz
Anonim (Ocena: 5) 31.01.2013 21:11
bez przesady,układanie ubran,stanie i jak to nazwałaś 'udawanie że jest coś do roboty'to Twój obowiązek bo za to dostajesz kasę!nienawidzę jak wchodzę do sklepu,a ekspedientka nawet nie raczy wstać czy odp 'dzień dobry'
odpowiedz

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo