„Emma”. Dlaczego warto zobaczyć film, którego głównej bohaterki stanowczo nie polubicie?

Kultowa powieść Jane Austen powraca w nowej ekranizacji z genialną obsadą.
„Emma”. Dlaczego warto zobaczyć film, którego głównej bohaterki stanowczo nie polubicie?
Fot. United International Pictures
28.02.2020

Gdy w 1815 roku Jane Austen napisała swoją czwartą powieść, zatytułowaną “Emma”, we wstępie opisała główną postać następującymi słowami: Stworzę bohaterkę, której nie będzie lubił nikt poza mną”. Nie brzmi zachęcająco, prawda? A jednak po dokładnie 205 latach od pierwszego wydania “Emma” wciąż fascynuje, a czytelnicy na całym świecie wracają do jej historii. Od dziś w kinach możemy oglądać najnowszą ekranizację tej powieści Jane Austen, tym razem w reżyserii Autumn de Wilde. Czy twórczyni udało się pokazać tę dobrze znaną historię w nowym ujęciu? 

Zobacz również: Wiosenne nowości na Netflixie. Co będziemy oglądać już w marcu?

Zanim zdradzimy nasz subiektywny werdykt najpierw przygotowaliśmy parę słów wprowadzenia dla tych, którzy wcześniej nie mieli powieści Jane Austen w ręce. Emma Woodhouse ma wszystko. Jest bogata, bystra, piękna i... niesamowicie próżna. To najpiękniejsza dziewczyna w swoim miasteczku – i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Mimo że nie może narzekać na brak zainteresowania oraz względów, nie spieszy się do zamążpójścia. W obliczu braku rozrywek próbuje zabić nudę bawiąc się uczuciami innych i swatając przypadkowe pary. Albo bezceremonialnie nimi manipulując, oczywiście w imię własnej, aczkolwiek krótkotrwałej uciechy i kaprysu. Przy tym zupełnie nie liczy się ze zdaniem innych i udaje niewiniątko, nawet jeśli jej zagrywki sprowadzają na innych nieszczęście, a potencjalnie nawet przekreślają ich przyszłość i dobrobyt. Emmy to przecież nie dotyczy – w przeciwieństwie do swoich rówieśniczek jej najważniejszym życiowym celem wcale nie jest korzystne zamążpójście, które uchroni ją od biedy i wylądowaniu na społecznym marginesie. Jej ignorancja w tym aspekcie wręcz bije po oczach. 

Fot. United International Pictures

Trudno jest więc poczuć do Emmy większą sympatię. Można podziwiać jej urodę, przepiękne stroje, otoczenie, w jakim się porusza, można nawet być pod wrażeniem jej przebiegłości i intelektu – ale to chyba wszystko. Zwłaszcza gdy obserwujemy, w jak bezceremonialny sposób bawi się uczuciami swojej nowej najlepszej przyjaciółki, Harriet, która nieco bezmyślnie zwierza jej się z wszystkich sercowych dylematów. A Emma tylko na to czeka i podejmuje kolejną niebezpieczną grę, zaczyna pleść swoją sieć i tylko czeka, aż niczego nieświadome ofiary w nią wpadną.  

Wydaje się, że jest tylko jedna osoba, której nie brakuje szczerości i śmiałości, aby wygarnąć Emmie, że jej rozrywka jest niemoralna i krzywdzi osoby, które pokładają w niej tak wielkie zaufanie. To George Knightley, szwagier starszej siostry Emmy, który zna ją, odkąd ta była jeszcze dzieckiem. Tylko on ma odwagę się jej przeciwstawić i wychodzi z siebie, by ratować sytuację, gdy działania Emmy mają fatalne skutki dla wszystkich poza nią samą. Tylko on, po wielu awanturach jest w stanie wreszcie dokonać niemożliwego - sprawić, że Emma zaczyna mieć wyrzuty sumienia w związku ze swoim zachowaniem. I paradoksalnie to właśnie on, jedyny mężczyzna, który nie zachowuje się, jakby jadł jej z ręki, sprawia, że w pięknej, beztroskiej główce panny Woodhouse zaczyna kiełkować nieśmiałe podejrzenie: Czy to może być miłość? 

Fot. United International Pictures

“Emma” to niezwykle udana adaptacja powieści Jane Austen i to z wielu powodów. Plejada gwiazd konkuruje między sobą o palmę pierwszeństwa. Anya Taylor-Joy, z jej szelmowskim uśmieszkiem i niewinną minką to istne wcielenie panny Woodhouse. Bill Nighy, legenda brytyjskiego kina i filmowy ojciec Emmy to uosobienie angielskiego humoru w czystej postaci. Każda scena z udziałem pana Woodhouse’a, uroczego hipochondryka wywołuje prawdziwe salwy śmiechu. Podobnie jest, gdy na ekranie pojawia się wiecznie zaaferowana i nadgorliwa panna Bates grana przez Mirandę Hart. Johnny Flynn, czyli filmowy George Knightley samym żarliwym i udręczonym spojrzeniem jest w stanie wyrazić swoje wewnętrzne rozdarcie – w końcu od lat w sekrecie kocha kobietę, która fascynuje go jak nikt inny, ale z powodu jej wykalkulowanego zachowania nieustannie walczy ze swoimi uczuciami, broniąc się przed miłością. Poza nimi w “Emmie” zobaczymy jeszcze znanego z ostatniego sezonu “The Crown” Josha O’Connora, Gemmę Whelan, którą widzowie pamiętają chociażby z “Gry o tron, Ruperta Gravesa oraz Mię Goth. Warto wybrać się do kina chociażby wyłącznie dla takiej obsady. 

Fot. United International Pictures

“Emma” urzeka też, a może przede wszystkim poczuciem humoru – na wskroś angielskim, w którym ironia miesza się z konwenansami i komicznymi pomyłkami. To właśnie to poczucie humoru sprawia, że film jest wyjątkowo lekki i przyjemny w odbiorze, ale jednocześnie skłania ku refleksji jeszcze na długo po wyjściu z sali kinowej. Seans “Emmy” to z pewnością dobrze spędzone dwie godziny. Gwarantujemy, że do domu wrócicie z uśmiechem na ustach. I być może stwierdzicie nawet, że mimo wszystko... polubiliście pannę Woodhouse? 

Zobacz również: „Gra o tron” miała zakończyć się zupełnie inaczej! Ten plan był naprawdę epicki

Polecane wideo

11 przystojniaków z Netflixa, przez których będziesz w kółko klikać „oglądaj dalej”
11 przystojniaków z Netflixa, przez których będziesz w kółko klikać „oglądaj dalej” - zdjęcie 1
Komentarze (1)
Ocena: 5 / 5
gość (Ocena: 5) 29.02.2020 20:47
Aktorka wygląda jak zasuszony kot...
odpowiedz

Polecane dla Ciebie