Dziś premiera “Narcos: Meksyk” na Netflixie! Oto 5 najważniejszych powodów, dla których TRZEBA go obejrzeć

Wojna narkotykowa przenosi się do Meksyku. I jest brutalna jak nigdy wcześniej!
Dziś premiera “Narcos: Meksyk” na Netflixie! Oto 5 najważniejszych powodów, dla których TRZEBA go obejrzeć
Fot. Netflix
16.11.2018

“Narcos: Meksyk” (tytuł oryginalny “Narcos: Mexico”) właśnie pojawił się na platformie streamingowej Netflix. Na tę chwilę czekali wszyscy fani “Narcos”, którzy przez pierwsze dwie serie śledzili losy kolumbijskiego barona narkotykowego, Pablo Escobara oraz próby agentów DEA, aby w końcu wtrącić go za kraty. Z kolei w trzecim sezonie “Narcos” poznawaliśmy bliżej historię kartelu narkotykowego z Cali, którego przywódcy byli znani jako “gentlemeni z Cali”. Jeśli oglądaliście “Narcos”, sami doskonale wiecie, że był to jeden z najbardziej trzymających w napięciu seriali, jakie w ostatnich latach pojawiły się na Netflixie.

Zobacz również: 10 seriali Netflixa, których nie możemy się doczekać! To będą najgorętsze premiery tej jesieni

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, “Narcos: Meksyk” to nie kolejny, czwarty sezon serialu, ale zupełnie nowa opowieść. “Narcos: Mexico” to siostrzana produkcja kultowego już “Narcos”, tego z Wagnerem Mourą, Pedro Pascalem i Boydem Holbrookiem w rolach głównych. Od dziś, czyli od 16 listopada 2018 roku, na Netflixie dostępnych jest 10 premierowych odcinków pierwszego sezonu “Narcos: Meksyk”. Czy twórcom nowej produkcji udało się stanąć na wysokości zadania, i czy nowy “Narcos” nie zawiedzie fanów? Naszym zdaniem… zdecydowanie nie! Oto 5 powodów, dla których w ten weekend warto zaszyć się w domu i urządzić sobie prawdziwy maraton z “Narcos: Mexico”.

UWAGA: dalsza część tekstu może zawierać spoilery!

Dobry vs. zły

Jednym z najjaśniejszych punktów “Narcos: Meksyk”, są rewelacyjni aktorzy. W rolę El Padrino czyli Felixa Gallardo, króla narkotykowego z Guadalajary, wcielił się Diego Luna, znany z takich filmów, jak “I twoją matkę też”, “Dirty Dancing: Havana Nights” czy “Łotr 1”. Luna miał przed sobą naprawdę trudne zadanie - musiał pokazać oblicze Gallardo z jednej strony jako bezwzględnego bossa, z drugiej - jako kochającego męża i ojca. Do tego wszystkiego jego aktorska kreacja nie mogła być po prostu kopią postaci wykreowanej przez Wagnera Moury w roli Pablo Escobara. Naszym zdaniem Luna zdecydowanie stanął na wysokości zadania.

Fot. Netflix

Na przeciwnym biegunie w “Narcos: Mexico”, czyli po stronie prawa, stoi Kiki Camarena, agent DEA (w tej roli Michael Pena), który musi walczyć nie tylko z narcotraficantes, ale także z wszechobecną korupcją, układami i własną frustracją. Można wręcz powiedzieć, że postaci barona narkotykowego i agenta walczącego z narkobiznesem są sobie bardzo bliskie. Obaj próbują jak najlepiej spełniać swoje role jako rodzinnych, opiekuńczych mężczyzn oraz ambitnych szefów, którzy odnoszą sukcesy zawodowe. Choć Gallardo i Camarena nie spotykają się na ekranie prawie wcale, można śmiało powiedzieć, że ten duet jest tutaj najjaśniejszy.

Mistrzowie drugiego planu

Koniecznie trzeba jednak wspomnieć o postaciach drugoplanowych, które zdecydowanie wnoszą do “Narcos: Meksyk” całą feerię emocji. Jednym z najciekawszych bohaterów, wywołujących przy okazji prawdziwie skrajne odczucia w widzach, jest Rafael “Rafa” Caro Quintero, najlepszy Felixa Gallardo (grany przez Tenocha Huertę). Z jednej strony to wizjoner, któremu El Padrino w dużej mierze zawdzięcza swój sukces, z drugiej… kompletnie nieprzewidywalny szaleniec, który niejednokrotnie sprawia, że imperium Gallardo w każdej chwili może runąć.

Fot. Netflix

Inną ważną osobą z otoczenia meksykańskiego bossa narkotykowego jest niejaki Don Neto (Joaquin Cosio). Na pierwszy rzut oka wydaje się być statecznym doradcą, głosem rozsądku, zwłaszcza w porównaniu z temperamentnym Rafą. Jednak bardzo szybko okazuje się, że jest równie bezwzględnym bossem narkotykowym, który bez mrugnięcia okiem potrafi zabić z zimną krwią, a potem jak gdyby nigdy nic pójść się zabawić, i do końca dnia cieszyć się szampańskim humorem. Ta dwójka zdecydowanie zasługuje na uwagę widzów!

Fot. Netflix

Wszystko, co meksykańskie

Decyzja twórców “Narcos” o tym, żeby w nowej odsłonie przenieść serial do Meksyku wczesnych lat 80. to strzał w dziesiątkę. Już czołówka “Narcos: Mexico” wprowadza nas w nastrojowy klimat i wywołuje dreszczyk emocji: wszechobecne kapelusze z szerokim rondem, mariachi i Santa Muerte to przyjemna odmiana po realiach tak dobrze nam znanych z Kolumbii - choć wciąż są to klimaty nie tak bardzo od siebie odległe, więc widz ma poczucie, jakby wracał w dobrze znane rejony. Meksykańskie krajobrazy ogląda się po prostu bardzo przyjemnie. Twórcy serialu pokazują nam świat, który jest pełen kontrastów. Z jednej strony mamy piękną przyrodę, kojarzącą się z wolnością, z drugiej - skrajną biedę, która w pewien sposób tłumaczy, dlaczego tak wiele osób decyduje się wejść do brutalnego świata narcotraficantes. Bo mimo że gdy człowiek raz się w nim znajdzie, szanse na przeżycie i dożycie spokojnej starości są bardzo niewielkie, w obliczu wszechobecnej nędzy kto nie chciałby choć przez chwilę żyć jak król? Nie zapominajmy też o klimatycznej muzyce, która w “Narcos: Mexico” jest wisienką na torcie - jakże pyszną!

Starzy, dobrzy znajomi

Znane nam już dobrze 3 sezony “Narcos” rozgrywały się w Kolumbii od początku lat 70., do końcówki roku 1993. Ale akcja serialu skupia się przede wszystkim na latach 90. W “Narcos: Meksyk” nieco cofamy się w czasie i przyglądamy się wojnie narkotykowej w Meksyku z początku lat 80. Jest też różnica jeśli chodzi o rodzaj towaru. Podczas gdy światem Pablo Escobara rządziła kokaina, dla Felixa Gallardo i jego współpracowników liczy się przede wszystkim marihuana. Do czasu. W pewnym momencie El Padrino zdaje sobie sprawę, jak wielkie możliwości może otworzyć przed nim handel białym proszkiem z Kolumbii. Gdy udaje się na negocjacje biznesowe do tego kraju, na ekranie pojawiają się starzy, dobrzy znajomi - na ich widok aż trudno powstrzymać uśmiech (mimo że wciąż mamy do czynienia z bezwzględnymi narcotraficantes). Ten crossover to miła niespodzianka, tym bardziej że doskonale wiemy, że oryginalny “Narcos” już nie powróci z nowymi odcinkami.

Fot. Netflix

To jeszcze nie koniec!

Wprawdzie twórcy “Narcos: Mexico” milczą na temat kontynuacji serialu, ale wystarczy obejrzeć pierwszych parę odcinków, aby móc z dużym prawdopodobieństwem podejrzewać, że to jeszcze nie koniec opowieści o meksykańskiej wojnie narkotykowej. Jedną z najważniejszych wskazówek jest nowa postać, i to nie byle jaka. Jest nią sam Joaquin Guzman, znany na całym świecie jako El Chapo. W tę rolę w pierwszym sezonie “Narcos: Mexico” wcielił się Alejandro Edda. Co ciekawe, gdy miliony widzów na świecie będzie oglądać premierowe odcinki “Narcos: Meksyk” na Netflixie, El Chapo będzie siedział na sali rozpraw jako oskarżony. Na początku listopada 2018 roku ogłoszono, że ten słynny baron narkotykowy po 13 latach ukrywania się przed organami ścigania wreszcie doczeka się sprawiedliwości. Bylibyśmy zdziwieni, gdyby twórcy “Narcos: Meksyk” nie pokusili się o to, aby pokazać widzom losów El Chapo, a przynajmniej w nieco większym stopniu skupić się na jego postaci. Tym bardziej, że ostatnie minuty ostatniego odcinka wyraźnie sugerują, że… Okej, tego już nie zdradzimy - musicie sami się o tym przekonać. Bo naprawdę warto!

Zobacz również: Ten serial na Netflixie jest tak straszny, że ludzie mdleją podczas oglądania!







Ukrywane przed światem, straszliwie zdeformowane... Tak wyglądają „dzieci Czarnobyla”
Ukrywane przed światem, straszliwie zdeformowane... Tak wyglądają „dzieci Czarnobyla” - zdjęcie 1

Polecane wideo

Komentarze

Ocena: 5 / 5

Polecane dla Ciebie