KULTURA: Lana Del Rey powraca z nową płytą

Najnowszym albumem Lana Del Rey udowadnia, że znalazła swoje miejsce na scenie muzycznej. I prędko z niej nie zejdzie.
KULTURA: Lana Del Rey powraca z nową płytą
03.08.2014

Po olbrzymim sukcesie płyty „Born to Die” miliony fanów na całym świecie – przebierając nogami i obgryzając paznokcie – czekało na kolejny krążek Lany, dziewczyny, która stała się cudowną alternatywą dla słuchaczy zmęczonych cukierkowymi piosenkami Katy Perry czy kreacjami z wołowiny Lady Gagi. Zgodnie z przewidywaniami najnowszy album Lany Del Rey – „Ultraviolence” jest bestsellerem. W Polsce książek osiągnął status Złotej Płyty w… pierwszym dniu sprzedaży. Świetnie sprzedaje się też w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. I, na całe szczęście, jest dobry.

Perfekcyjny produkt

Z pewnością można by zebrać sporą grupę niedowiarków, którzy po debiucie Lany wróżyli jej rychły koniec kariery. Zwłaszcza gdy okazało się, że Lana, wbrew temu, co próbowano wmówić opinii publicznej, to nie biedna Amerykanka dorastająca w przyczepie kempingowej, a Elizabeth (Lizzy) Grant, córka bogatego tatusia, który dorobił się majątku na handlu domenami i obrocie nieruchomości. To on wynajął menedżerów, którzy stworzyli produkt pod nazwą Lana Del Rey. Lana, wcześniej występująca pod swoim nazwiskiem, wydała płytę „Kill Kill”, która jednak zniknęła z rynku przed premierą „Born to Die”.

Potem, gdy Lizzy występowała już pod starannie dobranym dla niej pseudonimem, zmieniona nie do poznania, pojawiło się kilka wpadek w programach transmitowanych na żywo. Zarzucano Lanie, że nie potrafi śpiewać, a krążek „Born to Die”, mimo że spodobał się słuchaczom, otrzymał mieszane recenzje. Piosenkarce zarzucano, że płyta jest tak perfekcyjnie skonstruowana, że aż nudna. Były też głosy, że to album płytki, a dziennikarz Randall Roberts z „Los Angeles Times” stwierdził, że słuchając tego albumu, „stajesz się zmęczony i zamroczony, jakbyś wziął pół tuzina Zolpidemu”.

Z piosenkarki artystka

Można nazywać Lanę produktem, ale ponad 10 mln fanów na Facebooku, miliony sprzedanych płyt „Born to Die” czy prawie 2 mln śledzących na Instagramie nie biorą się z przypadku. Lana Del Rey to już nie piosenkarka – to artystka, która doskonale wie, czego chce, wyróżnia się w tłumie bezbarwnych gwiazdek, jest kobieca, jednocześnie słodka i wulgarna, a przy tym naprawdę utalentowana. Potwierdzeniem tego jest nowa płyta wokalistkiUltraviolence, którą Lana stworzyła przy sporym udziale Dana Auerbacha z The Black Keys. Na krążku znalazło się 11 piosenek (14 w wersji Deluxe).

Lana Del Rey

Ci, którzy czekają na siostrę-bliźniaczkę płyty „Born to Die”, mogą być rozczarowani. „Ultraviolence” to krążek z zupełnie innym klimatem, mający odmienny charakter i budzący inne emocje niż poprzedni album Lany. Krytycy nazywają go bardziej wyrafinowanym, głębszym. To nie jest płyta, którą zadowolą się spragnione radiowego popu nastolatki. „Ultraviolence” trafia w gust bardziej wymagających słuchaczy. Potrzeba czasu, żeby ją w pełni docenić, bo po pierwszym przesłuchaniu można odnieść wrażenie, że wszystkie utwory brzmią tak samo, a my słuchamy wciąż tę samą piosenkę. Ten krążek jest jak wino – im dłużej jest z nami, tym lepiej smakuje.

Lana Del Rey

Podąża swoją drogą

Trzeba pochwalić Lanę i jej producentów za to, że nie zabrali się za nagrywanie wielkich, komercyjnych hitów – bo, że to potrafią, już udowodnili. Lana dojrzała jako artystka, konsekwentnie podążą własną drogą. Złośliwi i tak nazwą ją produktem, ale to produkt genialny. Lana osiągnęła taki poziom muzyczny, że nie musi świecić golizną czy prezentować się w sukience uszytej (?) z mięsa. Nie musi też opowiadać o swoim życiu osobistym, by ciągle podkręcać zainteresowanie swoją osobą. Na koncercie, który w czerwcu 2013 roku zagrała w Warszawie, wystąpiła w prostej sukience i wianku na głowie. Ale swoimi piosenkami i świetnym kontaktem z fanami zdobyła serca całej polskiej publiczności.

Jedyny zarzut do płyty „Ultraviolence” może dotyczyć tracklisty. Płyta w wersji podstawowej ma tylko 11 piosenek, natomiast 14 utworów dostajemy w wersji Deluxe. Ten drugi krążek można kupić w promocji za 55,99 zł. Drogo, zwłaszcza że 14 piosenek spokojnie mogłoby znaleźć się na płycie podstawowej. Ale to Lana, dziewczyna gwarantująca nam niesamowite przeżycia. Dla niej warto.

Ewa Podsiadły-Natorska

Lana Del Rey

Księżniczka retro

Na płycie „Ultraviolence” świetne są teksty piosenek. Lana Del Rey konsekwentnie podkreśla swoją przynależność do amerykańskiej popkultury. Słoneczne plaże, sportowe samochody, miłość i seks, wolność, mężczyźni, kobiecość to stałe motywy w jej twórczości. „Ultraviolence” to ukłon w stronę Ameryki lat 60. i 70., hołd oddany klimatowi retro. Zupełnie jak z dawnych lat jest piosenka „The Other Woman”, która brzmi, jakby docierała do nas z wysłużonego radioodbiornika. Bardzo amerykańska i bardzo poruszająca. Piosenek, które możemy nazwać muzycznym majstersztykiem, jest tutaj zresztą znacznie więcej.

Album promowano utworem West Coast i to z pewnością jedna z piosenek, którą można słuchać bez końca. Ma w sobie przestrzeń, jakąś pociągającą tajemnicę. Na uwagę zasługują też kawałki: „Shades of Cool”, „F*** My Way Up to the Top”, „Ultraviolence”, „Brooklyn Baby”, „Guns and Roses” oraz „Money Power Glory”. Tak naprawdę jednak można by wymienić wszystkie piosenki z tego krążka, bo każdy ma w sobie coś wyjątkowego. Coś, co chwyta za serce i budzi emocje. Lanie udała się sztuka niełatwa w dzisiejszych czasach – po prostu chce jej się słuchać.

Lana Del Rey

Jest tutaj trochę bluesa i trochę rocka, spora dawka melancholii i nieco mrocznego klimatu. Jest smutek, są łzy, jest gitara, zapalony papieros i głos Lany. Głos, który zabiera słuchacza w sentymentalną, intymną podróż, uwodzi go. Sposób śpiewania Lany jest dla niej charakterystyczny, nie ma drugiej takiej wokalistki. Lana Del Rey raz śpiewa, jak gdyby szeptała, zdradzała nam tajemnicę, a raz jakby jej głos docierał do nas zza dymnej kurtyny. Możemy sobie wyobrazić, że artystka siedzi przy mikrofonie i wydobywa z siebie dźwięki, jednocześnie zaciągając się papierosem. Dla takiego sposobu śpiewania można stracić głowę.

Komentarze (3)

Ocena: 5 / 5
Anonim (Ocena: 5) 03.08.2014 07:52
ale mają zaskok z tym artykułem, po 2 miesiącach od ukazania się płyty xD
odpowiedz
aaaajaja (Ocena: 5) 03.08.2014 05:33
Piękny artykuł o fascynującej kobiecie. Papilocie, udało Ci się! Z tą przyczepą i ojcem to nie do końca tak, ale mimo wszystko tekst czyta się niezmiernie przyjemnie.
zobacz odpowiedzi (1)

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo