Wstydzę się swojej córki…

03 Października 2009

Wstydzą się za nie i za siebie, zadając sobie pytanie, gdzie popełniły błąd. I już wiedzą. Chyba za bardzo je kochały.

Wstydzę się swojej córki…

Kiedyś miały marzenia, plany, nadzieje. Chciały dobrze wychować swoje córki, nie na uczonych prawników, bogatych lekarzy czy znane aktorki, a na dobrych ludzi. Dziś tylko zdarzy im się zapłakać w poduszkę nad losem własnego dziecka. Wstydzą się za nie i za siebie, zadając sobie pytanie, gdzie popełniły błąd. I już wiedzą. Chyba za bardzo je kochały.

Odnalazła ją i pierwszym pociągiem wróciła do domu

Gdy Małgorzata po raz pierwszy znalazła u swojej trzynastoletniej wówczas córki, Leny, papierosa, zawrzała. Jeszcze rok temu jej mała dziewczynka bawiła się lalkami, a dzisiaj pali w tajemnicy pod blokiem, umawia się na randki z licealistami i wychodzi na całonocne imprezy… Trudno było jej się pogodzić z faktem, że mieszka pod wspólnym dachem z niegrzeczną buntownicą, dla której nie istnieją żadne zakazy. Małgorzata mówiła białe, jej córka – czarne; na każdym kroku się kłóciły, czasami dochodziło do rękoczynów. Lena jej nie słuchała, z każdym dniem wymykała się spod kontroli. A Małgorzacie, jako samotnej matce, nie było łatwo. Pracowała na trzy zmiany w miejscowej szwalni, a w domu przerabiała suknie ślubne, zimowe płaszcze, garnitury. Siedziała po nocach w kuchni, przy ostrym świetle jarzeniówki, nucąc ulubione piosenki.

Nigdy jednak nie narzekała – była wdzięczna losowi, że dał jej chociaż szansę na prawdziwą miłość, której owocem była Lena. Niestety, jej ojciec zginął w tragicznym wypadku samochodowym, zostawiając po sobie długi i niezapłacone rachunki. Wtedy Małgorzata przysięgła sobie, że życie jej córki będzie inne – ciekawsze,  bardziej kolorowe, bez szarpania się o każdy grosz. Od małego uczyła ją ciężkiej pracy i szacunku do nauki. Nie chciała zbyt wiele – ot, żeby córka była szczęśliwa, miała dobrego męża, czasami mogła sobie pojechać nad morze na wakacje. Bo Małgorzata nawet na to nie mogła sobie pozwolić. Raz w roku udawało jej się z trudem zaoszczędzić na dwutygodniowe kolonie dla córki, zawsze w Borach Tucholskich. I Lena była kiedyś inna – pomocna, dobrze ułożona, świetnie się uczyła. A gdy poszła do szóstej klasy podstawówki, zaszła w niej jakaś okrutna przemiana. Nagle przestały ją interesować książki, ulubione filmy, dotychczasowi przyjaciele. Teraz jej kompanami stali się koledzy z blokowiska, którzy, dzisiaj Małgorzata o tym wie, dawali jej poczucie oderwania się od szarej, nudnej rzeczywistości. To z nimi Lena zapaliła pierwszego papierosa, wypiła pierwsze wino, pierwszy raz poszła kraść…

„Już wtedy się jej wstydziłam. Miała 16 lat, a ubierała się jak tirówka. Nic dla niej nie znaczyłam ja, moje słowa. Liczyli się koledzy z klatki, dla których ona była gwiazdą. Nie raz sąsiadki opowiadały, że widziały ją gdzieś zapitą, śpiącą na ławce, ale co ja mogłam zrobić? Nawet siłą nie dało się jej poskromić, czuła się taka bezkarna. Gdy miała 17 lat, przestała chodzić do szkoły, zresztą nigdzie jej już nie chcieli – nie radziła sobie ani w ekonomiku, ani w gastronomii, nawet na ekspedientkę nie chciało jej się uczyć. Mówiłam, tłumaczyłam, że musi zaraz pójść do pracy, że za chwilę będzie dorosła, ja już mam coraz słabszy wzrok, że nie dam rady już szyć całymi nocami. Ale ją to nie obchodziło. Mówiła, że niczego nie potrzebuje, a następnego dnia rano mój portfel był pusty. Tak, wychowałam złodziejkę. A dzisiaj już nie musi kraść. Bo jest dziwką.”

Od matki Lena wyprowadziła się, gdy miała 18,5 roku. „Oznajmiła mi, że zakochała się i wyjeżdża do Gdańska, bo chce tam zacząć nowe życie. Była taka młoda. Pamiętam dzień, w którym wyjeżdżała. Spakowała torbę podróżną, którą kiedyś brała na wakacje, pocałowała mnie w policzek i już jej nie było. Zadzwoniła do mnie po dwóch tygodniach z budki telefonicznej, płakała. Powiedziała, że się pomyliła, Radek ją bije i że szuka pracy, bo nie chce już wracać do naszego miasta. Mówiła, że zjedzą ją żywcem, miała się wybić, zamieszkać w dużym mieście, a nic z tego nie wyszło. Błagałam ją, żeby wracała, ale nie chciała. Nie miałam z nią kontaktu przez ponad rok. Później dowiedziałam się od syna kuzynki, który studiował na Politechnice w Warszawie, że widział Lenę na dworcu. Pojechałam tam, szukałam, pytałam. I znalazłam. A pierwszym pociągiem wróciłam do domu”.

Dzisiaj córka Małgorzaty ma 29 lat, od prawie dziesięciu trudni się prostytucją. Z matką ma sporadyczny kontakt, widują się tylko w święta. Zawsze wtedy płaczą, Lena żałuje młodzieńczej głupoty i nastoletniego buntu. I zawsze przekonuje Małgorzatę, że to nie jej wina i właściwie to nie jest tak źle, bo przynajmniej dobrze zarabia. Nie pracuje już na dworcu, klientów przyjmuje w mieszkaniu, a część pieniędzy odkłada na konto oszczędnościowe, bo wie, że za chwilę będzie za stara, że nikt jej nie będzie chciał. A Małgorzata się za nią wstydzi. Najbardziej, gdy córka opowiada jej o lokatach i oszczędnościach na czarną godzinę…

Nowe życie, bez bagażu niepotrzebnych doświadczeń i błędów młodości

Marta, córka 57-letniej Basi, też wyprowadziła się z domu prawie bez słowa. Ale zostawiła rodzicom pamiątkę po sobie – dwuletnią córeczkę, Marikę. Nie widziała dla siebie perspektyw, mieszkając w małym miasteczku na południu Polski. Gdy podjęła decyzję o wyjeździe do Irlandii, miała zaledwie 19 lat, żadnych oszczędności i głowę pełną marzeń. Miała nadzieję na znalezienie dobrej pracy, szybki zarobek, ładne mieszkanie. Nie była wprawdzie wykształcona, bo Marikę urodziła jako 17-latka, a nauczyciele utrudniali jej dotrwanie do matury, ale wierzyła, że jej się uda. Na początku pracowała w sklepie rodziców, jednak szybko się okazało, że samotne macierzyństwo (samotne, bo jej były chłopak wyrzekł się dziecka) i kilkunastogodzinne stanie za ladą nie są ciekawą alternatywą na życie. Gdy w święta Bożego Narodzenia spotkała się ze znajomymi, którzy wrócili do Polski z pracy w Wielkiej Brytanii, z niedowierzaniem słuchała opowieści o wielkich pieniądzach. W końcu sama postanowiła spróbować swoich sił na Zachodzie. Kolega załatwił jej pracę w Irlandii – mieli tam pojechać razem, znaleźć jakieś mieszkanie, zadomowić się. Początkowo Marta zakładała, że wyjazd nie będzie trwał dłużej niż rok. Bardzo tęskniła za córką, ale chciała jak najwięcej zaoszczędzić, więc długo nie wracała do Polski. Pierwszy raz przyjechała po szesnastu miesiącach.

„Była taka… odmieniona. Ładnie ubrana, chwaliła mi się, że tak świetnie mówi po angielsku. Pamiętam, jak obdarowała Marikę górą kolorowych pudeł z zabawkami. Wzięłam ją wtedy na bok i powiedziałam, że dziecko potrzebuje matki, nie lalek, nie babki, nie dziadka. Marta się wtedy popłakała, powiedziała, że jeszcze trochę popracuje, wróci, otworzy własny biznes, może gabinet kosmetyczny. Cieszyłam się, tak wydoroślała, dojrzała, pracuje, jest szczęśliwa. Pomyślałam, że poczekam, że Marika jest jeszcze na tyle mała, że jest jeszcze trochę czasu, aby nadrobiły wszystkie zaległości. Wtedy widziałam się z moją jedyną córką ostatni raz”.

Potem już były tylko zdawkowe telefony, raz na miesiąc jakaś paczka z sukienkami dla Mariki, czasami krótki list… Basia pytała córkę, co zamierza, kiedy wróci, mówiła, że Marika traktuje ją, swoją babcię, jak matkę. Nie wiedziała, dlaczego Marta rozmawia z nią coraz rzadziej. W końcu przyznała się, że jest w ciąży, że za miesiąc bierze ślub z Irlandczykiem, którego poznała na imprezie i będzie miała tamtejsze obywatelstwo. A Basia już wiedziała, że po Marikę nigdy nie wróci, bo zaczyna nowe życie, bez bagażu niepotrzebnych doświadczeń i błędów młodości.

Drugą wnuczkę Barbara widziała tylko na zdjęciach, zięcia poznała przez Skype’a. O Marice prawie nigdy nie rozmawiają, jej temat zniknął z ich lakonicznych dialogów już kilka lat temu. Dzisiaj dziewczynka chodzi do szkoły, ma tu swoje życie, koleżanki, podwórko… O mamę pyta często, a babcia zawsze jej wtedy tłumaczy, że mieszka za granicą i nie może na razie przyjechać, ale kiedyś ją z pewnością odwiedzi. I pokazuje wnuczce kolejną paczkę z prezentami od mamy. Prosto z Dublinu.

Nawet nie wie, kiedy zaczęła się jej wstydzić 

Beata, w przeciwieństwie do Małgorzaty i Basi, nie miała z córką problemów. Agata zawsze świetnie się uczyła, nigdy nie miała ciągot do alkoholu, narkotyków, papierosów… Początkowo Beata cieszyła się, z dumą opowiadała koleżankom o osiągnięciach swojej córki, kolejnych stypendiach, olimpiadach, konkursach… Po maturze Agata nie wiedziała, jaki kierunek wybrać, ale od zawsze jej marzeniem była praca naukowca, więc zdecydowała się na biotechnologię. Codziennie dojeżdżała do Wrocławia na uczelnię, po godzinach pracowała jako ekspedientka w księgarni. Nigdy o nic rodziców nie prosiła, nie sprawiała żadnych problemów. Ale gdy skończyła 20 lat, Beata zaczęła się martwic, że córka nie umawia się z chłopakami, nie ma znajomych, całe wieczory spędza z nosem w książce. Wraz z mężem próbowali ją namówić na kino, jakieś wyjście. Przyszło im nawet do głowy, żeby ją zeswatać z synem znajomych. Spotkanie jednak się nie udało, a Agata miała im za złe, że wtrącają się do jej życia. Wtedy pierwszy i chyba ostatni raz się pokłóciły. Mąż Beaty, Andrzej, zaczął nawet podejrzewać, że ich córka jest lesbijką, ale ich prywatne śledztwo wykazało, że Agata to po prostu klasyczny przykład samotnika. Tylko studia, praca, książki, nie interesowały ją kluby, modne miejsca, znajomi. Nagle Beatę zaczęła drażnić ta akuratność Agaty… Podczas gdy jej koleżanki wydawały córki za mąż, wyprawiały wesela, wybierały suknie ślubne, ona marzyła, żeby jej dziecko wyszło w sobotni wieczór z domu. Beata nawet nie wie, kiedy zaczęła się Agaty wstydzić, unikać pytań o wnuki, zięcia. Dzisiaj jej córka ma 32 lata, przeprowadziła się do Wrocławia i prowadzi badania naukowe. A Beata mówi znajomym, że córka spotyka się z pewnym przystojnym adwokatem. I już niedługo ma się jej oświadczyć, a później wyprawią huczne wesele.

„Co mam innego odpowiadać na kąśliwe pytania? Już nie mam siły tłumaczyć, że to taki typ, że nie każdy musi mieć rodzinę, dzieci. Mąż na mnie krzyczy, że tak traktuję Agatę, jak trędowatą, bo ma inne priorytety w życiu. A ja chciałabym, żeby była szczęśliwa. Chyba o to każdej matce chodzi – o szczęście dla swojego dziecka”.

Lilka Tylman

Zobacz także:

Atrakcyjna singielka szuka dawcy spermy

Świetnie radzą sobie w pojedynkę – są młode, atrakcyjne i bogate, a do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka. 

Matki, żony i kochanki

Mają dzieci, mężów i rodziny, ale nie są szczęśliwe. Prowadzą podwójną grę, walcząc o swoją miłość i młodzieńcze marzenia. Tylko czasem zastanawiają się, czy warto…

Strony

Komentarze (194)
ocena
5/5

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Ocena artykułu 1-5

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz

Anonim
(Ocena: 5)
2012-01-10 18:13:20

TO JEST POJEBANA STRONA TYLKO PEDAŁY TU SIEDZĄ A CO DO 3 TEKSTU KAŻDY MA SWOJĄ DUPE

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-11-14 16:34:22

Co do trzeciego przypadku to matka źle rozumuje... Może szczęściem dla jej córki są sukcesy zawodowe a nie huczne wesele? Ja też jestem typem samotnika, mam 16 lat, nie wychodzę za często z domu, mam zaufaną garstkę przyjaciół, wieczór wolę spędzać przed komputerem lub nad książką niż tak jak koleżanki z klasy, w klubach... Dobrze się uczę... Jeśli chodzi o temat chłopaka, to w końcu ktoś się znajdzie, ja pomimo wszystko go znalazłam... Wiem tylko jedno, gdyby moja mama zachowywała się tak jak ta kobieta, opowiadała wszystkim kłamstwa za moimi plecami, wstydziła się mnie to nie byłoby miło... Na szczęście na razie mama mnie akceptuje taką jaka jestem...

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-11-13 13:15:57

Jestem dziennikarzem dużej polskiej stacji telewizyjnej. Poszukuję bohaterki do reportażu o urokach i wadach prostytucji i sponsoringu. Nie interesują mnie detale seksualne. To, o czym chcę zrobić materiał, to psychiczna strona takiej relacji. Dlaczego dziewczyny decydują się na tego typu pracę (czy tylko dla pieniędzy?). Z jakiego typu obciążeniami psychicznymi wiąże się ta praca? Jak wygląda po tym normalne życie? Jaka jest rola państwa polskiego w zapewnieniu normalnych warunków pracy? Szukam odważnej dziewczyny, bądź członka jej rodziny (najchętniej obu osób), którzy robią to świadomie i nie wstydzą się opowiedzieć uczciwie i szczerze o swojej pracy (z lekką zmianą wizerunku, jeśli będzie taka potrzeba, i pod pseudonimem). Reportaż telewizyjny, więc chcielibyśmy nagrać przynajmniej część twarzy, choć dane osobowe możemy zmienić. Zapłacę za takie spotkanie i co do kwoty na pewno się dogadamy, choć liczę, że nie będzie to jedyna motywacja. proszę o kontakt na dziennikarz.dziennikarz@wp.pl

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-11-10 23:44:58

ta historia jest podobna do książki "my, dzieci z dworca zoo" . ; )

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-11-06 19:53:21

co do tej ostatniej: błąd matki, że myśli, że wie co uszczęśliwi jej córkę. wiem, że może to dla niej być przykre, ale to Agaty życie i jej wybór - szlachetny, poświęcić życie nauce

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-11-01 20:01:48

Ktoś matką zła być musi. Trzeba było na nią uwarzać

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-10-18 16:33:35

Co do tego pierwszego tekstu powiem tylko tyle, że ludzie się zmieniają. Fakt, na początku jest fajne, dzieciaki są posłuszne rodzicom, pomagają itp. Ale kiedy wkraczają w wiek dojrzewania ich świat staje na głowie. Już rodzina nie jest dla nich najważniejsza, twierdzą, że sami sobie ze wszystkim poradzą. Wkręcają się w złe towarzystwo, piją, palą, uprawiają seks. Ale co się dziwić, przecież w tych czasach to jest normalne. Nawet prośby rodziców na nic się nie zdają. I muszą się wstydzić za taką, co uprawia seks z każdym po kolei tylko po to, aby mieć za to pieniądze, które przecież można zarobić w inny sposób. Ale po co? Po co się uczyć, jak można iść i za przeproszeniem dać dupy komu popadnie. A rodzice muszą się tylko wstydzić za taką osobę. I zawsze siebie obwiniają za to, że to oni zawinili, że mogli wychować córkę czy syna inaczej, lepiej. Ale to nie prawda. To nie ich wina. Oni robili wszystko co w ich mocy. To wina dziecka, które przez towarzystwo się zmieniło. Co do drugiego tekstu: Prawdziwa matka by tak nie postąpiła. Urodziła dziecko w tak młodym wieku, okej zdarza się, nie powiem. Ale jeśli już jest na to gotowa, to, powinna tym dzieckiem się zająć. Rozumiem, chciał↕a zarobić, ale przecież w Polsce też jest praca. "Ale przecież można wyjechać za granicę, zarobi się szybciej i więcej" - myślenie większości osób. Szczerze? Gówno prawda. Przez te chore wyjazdy zazwyczaj rozpada się rodzina, która niczym nie zawiniła. Wiem co mówię, bo w mojej rodzinie był taki sam przypadek. Tata wyjechał sobie do pracy. Okej, miał zarobić i wrócić. I tak się stało, wrócił, pojechał znowu. Aż w pewnym momencie powiedział mojej mamie, że ma dziecko z inną. To jest okropne. Okropnie usłyszeć takie słowa. Teraz my go nie interesujemy. Ma nas gdzieś, woli swoją nową żoną i dziecko, które jest moim rodzeństwem. I właśnie tak zdarza się prawie w każdej rodzinie.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-10-09 00:35:20

Ostatni opisywany przypadek - matka, która nie może zrozumieć, że córka nie jest klonem jej samej. A może praca naukowa to jej córki żywioł i pasja? Może za parę lat się będzie chwalić, że córka jest zdolnym, uznanym naukowcem z osiągnięciami? Czy to nie byłoby lepsze niż mieć córkę niezbyt szczęśliwą, ale taką jak córeczki koleżanek?

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-10-06 21:55:04

KAZDY MA SWOJ ROZUM I SWOJA DUPE popieram

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2009-10-06 16:00:14

purcik ;)

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz