Wasze listy: "Starzeję się i żałuję zmarnowanej młodości!"

26 Stycznia 2010

Maryla ma 56 lat i poczucie, że nic jej już w życiu nie czeka. Czy naprawdę zmarnowała młodość i nie odnajdzie już szczęścia?

zmarszczki, pierwsze zmarszczki, stara kobieta, dojrzała kobieta

Po publikacji listu „Prawdziwe życie zaczyna się po 50”, otrzymaliśmy od Was wiele maili poruszających temat jesieni życia. Dzisiaj prezentujemy najsmutniejszy z nich… Czy Maryla odzyska jeszcze szczęście?

„Drogie Redaktorki,

Na Waszej stronie pojawił się ostatnio list od Pani Beaty. Widziałam, że wzruszył nie tylko mnie, żałosną, zmęczoną kobietę po 50, ale też młode dziewczyny, które odnalazły w nim siłę, inspirację… może nadzieję, że nie tylko młodość jest kolorowa? Ja Wam powiem to samo – że nie tylko. Ale wszystko zależy od tego, jak swoim życiem pokierujecie dzisiaj. Jakie decyzje i wybory podejmiecie teraz i czy nie zmarnujecie szans, jakie daje Wam życie. Ja swoje całkowicie przegrałam. Zmarnowałam każdy dzień. Młodzieńcza, szalona, tragiczna miłość zaważyła na całym moim życiu.

Wszystko tym bardziej tragiczne, że jako mała dziewczynka miałam przed sobą ogromne perspektywy. Wychowałam się w zamożnej rodzinie z tradycjami. Moi rodzice byli lekarzami, nie odczuwaliśmy biedy tamtego okresu. Oni jednak wymarzyli sobie, że też pójdę na medycynę. A ja chciałam zostać nauczycielką języka polskiego albo pisarką. Chciałam studiować filologię polską, pisać, a gdyby nic nie wyszło z moich literackich planów (ach, ta młodzieńcza naiwność i poczucie, że cały świat leży u stóp!), miałam plan awaryjny – nauczycielstwo.

W liceum, kilka miesięcy przed maturą, poznałam Staszka – przystojny, wrażliwy, z artystycznym zacięciem. Świetnie się dogadywaliśmy, to była moja pierwsza wielka miłość. Ale rodzice go nie akceptowali. Mieli na wszystko takie staroświeckie spojrzenie i chcieli żebym spotykała się z kimś o „podobnym statusie i pozycji”. A atmosfera wtedy sprzyjała buntowi – ja też chciałam się buntować. Kochałam Staszka, to była prawdziwa, romantyczna miłość…. Postanowiliśmy, że razem uciekniemy. Żal mi było opuszczać mój ukochany rodzinny Gdańsk, ale nie wyobrażałam sobie tak po prostu zrezygnować z miłości. Wyprowadziliśmy się na Śląsk, wydawało nam się, że tam będzie łatwiej rozpocząć nowe życie.

 Rodzice spisali mnie na straty, wstydzili się czarnej owcy w rodzinie. Tym bardziej, że dwa miesiące po moim wyjeździe z domu, okazało się, że jestem w ciąży. Byłam załamana – nasz plan początkowo był taki, że ja idę na studia, a Staszek robi rok przerwy i idzie do pracy. Teraz stało się jasne, że nie będę mogła studiować, bo kto opiekowałby się dzieckiem?  Na pomoc rodziców nie mogłam liczyć – postawili ultimatum – albo wrócę do domu, dziecko odchowamy wspólnie i pójdę na studia medyczne, albo w ogóle nie mam po co wracać. Nie wyobrażałam sobie przystać na ich propozycję, tak bardzo kochałam Staszka. Myśleliśmy – jesteśmy młodzi, damy sobie radę. I może tak by było, gdyby Staszek żył.

Ale pół roku po urodzeniu naszej córki Karoliny, mój ukochany stracił życie w wypadku samochodowym. Zostałam sama. Zupełnie sama.

Duma nie pozwalała mi błagać rodziców o pomoc. Wsparli mnie wtedy rodzice Staszka – przesyłali pieniądze, kupowali małej ubrania, załatwiali nawet zabawki z zagranicy. Nie wiem, jakbym sobie bez nich poradziła. Już wtedy miałam poczucie, że rozpoczęła się seria jakichś nieszczęśliwych wydarzeń  w moim życiu.

Trzy miesiące po śmierci Staszka zmarł  mój ojciec na zawał serca. Matka do końca swoich dni obwiniała mnie o to – uważała, że to przeze mnie miał  załamanie nerwowe…. Już nie potrafiłyśmy ze sobą  normalnie rozmawiać; ona uważała, że jako ich jedyna córka, z trudem poczęta (urodziłam się, gdy moi rodzice byli po 40, lekarze wcześniej twierdzili, że moja mama jest bezpłodna) powinnam być dumą rodziny i dbać o jej honor… Ja go splamiłam – samotna panna z dzieckiem, bez studiów, pieniędzy i męża. Wtedy postanowiłam sobie, że za wszelką cenę jej udowodnię, że coś potrafię. Postanowiłam, że znajdę męża, ustatkuję się, skończę studia i pokażę, że nie jestem do niczego.

Mariusza poznałam na prywatce u sąsiadów. Nie był uosobieniem moich marzeń –  nic nie miał w sobie z tego natchnionego Staszka, za którym tak bardzo tęskniłam. Ale jak to mawiały moje koleżanki, nie miałam prawa przebierać. Miałam 23 lata i 3-letnia córkę. Wiedziałam, że nie każdy zdecyduje się  być ze mną w takiej sytuacji. Mariusz pracował  jako tramwajarz, nie był szczególnie błyskotliwy, ale też  wydawał się porządny, czuły, opiekuńczy. Chciałam, żeby był dla nas oparciem…

Szybko okazało się, że moje nadzieje były złudne. Już  dwa tygodnie po ślubie z Mariusza wyszła prawdziwa bestia. Po pracy wychodził z kolegami na piwo, wracał pijany, wydzielał mi pieniądze… Nie chcę nawet opowiadać o dramacie, jaki przeżywałam przed każdym jego powrotem do domu. Dzisiaj nazwano by mnie ofiarą przemocy domowej. Wtedy nie wiedziałam, gdzie się zgłosić, byłam bez pracy, coraz bardziej zastraszona, coraz mniej pewna siebie, codziennie poniżana, bita, mieszana z błotem.

Urodziłam mu dwójkę dzieci – myślałam, że wtedy mnie pokocha. Ale nie – musiałam teraz drżeć o naszą czwórkę, czy nas nie uderzy, czy nas nie zabije. Karolina jako nastolatka, zaczęła mieć ogromne problemy psychiczne, cierpiała na depresje, nerwicę, nocne lęki. Postanowiłam, że jedynym ratunkiem będzie dla niej moja Matka. Mariusz zresztą nienawidził Karoliny, bo nie była jego dzieckiem. O ile bił wszystkie dzieci, to ją zawsze najmocniej, dając jej codziennie i na każdym kroku do zrozumienia, że jest gorsza. Dopiero u mojej matki Karolina odnalazła spokój do nauki (którą starałam się w niej zaszczepić) i wyrosła na porządnego człowieka.

W 1994 roku moja mama jednak zmarła. Karolina studiowała wtedy w Gdańsku i dziękowałam Bogu, że wyszła na ludzi. Studiowała, pracowała, chciała zostać nauczycielką. Byłam z niej dumna. Połowę domku jednorodzinnego w Gdańsku po moich rodzicach dziedziczyłyśmy razem z córką. Wtedy pojawiła się  dla mnie szansa na wyrwanie się z piekła.

Złożyłam papiery rozwodowe i z dnia na dzień, spakowałam się i wróciłam do Gdańska. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że przegrałam swoje życie. Mariusz był  wtedy w bardzo złym stanie –  stracił pracę, nasze mieszkanie tonęło w długach, a on nie mógł żyć bez kropli alkoholu. Zostawiłam go tam samego, wiedząc, że prędzej czy później zapije się  na śmierć. Ale ja już wtedy nie myślałam o nim. Chciałam ratować dzieci – 15-letni Marek nie przechodził nawet z klasy do klasy, a najmłodsza córka Ola miała początki depresji. Dom, w którym się wychowywały naznaczył je na całe życie. Chciałam naprawić swój błąd!

Mariusz trafił  do ośrodka odwykowego, ale żadna próba wyjścia z nałogu się  nie powiodła. W końcu mój mąż  zmarł w dwa lata po mojej wyprowadzce. Nie zostawił po sobie nic. Nic oprócz łez, straconych lat i zniszczonego dzieciństwa naszych dzieci.

Miałam 41 lat, dwójkę dzieci na utrzymaniu, żadnego wykształcenia i ciągły niepokój  w sobie. Musiałam znaleźć pracę. Nocami płakałam w poduszkę, przypominając sobie wspaniałe dzieciństwo i świetność tego domu, który teraz wymagał remontów, a ja ledwo opłacałam podstawowe rachunki. Pracowałam jako ekspedientka w sklepie, nie mogąc spojrzeć w oczy sąsiadkom – przyjaciółkom rodziców.

Dzisiaj mam 56 lat i na sumieniu wszystkie kłopoty moich dzieci. Karolina wyjechała do pracy w Anglii, bo nie chciała żyć za głodową pensję nauczycielki w Polsce i mimo swojego wykształcenia, pracuje jako opiekunka w domu starców w Manchesterze. Ma za sobą dwa nieudane małżeństwa i chyba na zawsze już strach przed mężczyznami. Cieszę się, że chociaż Marek dobrze  trafił i ma porządną kobietę, która jest wspaniałą żoną i matką, ale już teraz widzę, że zaczyna się zachowywać tak samo, jak ojciec - coraz częściej zagląda do kieliszka…. A moja Ola to już osobna historia – mam tylko nadzieję, że uda mi się ją wyciągnąć z tego koszmaru, w który wpadła...

Zmarnowałam swoją  młodość, marzenia, nadzieje, ambicje i dzieci. Nigdy nie wybaczę  sobie tych wyborów i decyzji, jakie przed laty podjęłam. Po latach upokorzeń, ciężkiej pracy, wstydu, strachu i bólu, mogę śmiało stwierdzić, że już chyba gorzej być nie może, ale lepiej też nie. Modlę się tylko, żeby zdrowie mi dopisało, abym mogła pomóc moim dzieciom i jak najdłużej pracować. Bo nie wiem, co będzie z moimi dziećmi, wnukami, które muszą przeze mnie cierpieć. Moje decyzje na zawsze wpłynęły na ich los.

Zazdroszczę  Beacie, że jest szczęśliwa i ma wokół siebie takich silnych ludzi. Mnie już nic w życiu nic czeka.

Stawiam sobie tak jak ona pytanie – najbliższe plany? Poranna zmiana jutro na 4.30 i rozstawienie stoiska z gazetami. I liczenie grosz do grosza, żeby starczyło do pierwszego.

Maryla”

* Na prośbę autorki wszystkie imiona zostały zmienione.

Na Wasze listy czekamy pod adresem redakcja(at)papilot.pl

Zobacz także:

Wasze listy: Jestem dziwką i jestem z tego dumna! 

Andżelika pracuje jako prostytutka i nie rozumie, dlaczego ludzie gardzą nią z tego powodu. Jak sama przyznaje, jest szczęśliwa, a każdy powinien mieć prawo do własnych wyborów…

Wasze listy: Czy powiedzieć mężowi, że to nie jego dziecko?

Aneta zdradziła męża, gdy pracował za granicą. Teraz jest w ciąży i nie wie, czy powiedzieć mu, że to nie jego dziecko. Pomóżcie jej podjąć rozsądną decyzję. 

Strony

Komentarze (112)
ocena
5/5

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Ocena artykułu 1-5

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz

Anonim
(Ocena: 5)
2010-11-20 16:13:13

Hmmm. Dla nikogo nie warto przerywać studiów. Nikogo !

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-08-01 12:16:50

Podziwiam panią za to że pani tak wiele przeszła i mam nadzieje że będzie pani jeszcze w swoim życiu szczęśliwa :) Jestem w podobnej sytuacji tyle że mam 24 lata i samotnie wychowuje dziecko.Nie skonczyłam studiów co bylo moim marzeniem i również zawiodłam swoich rodziców.Niech pani idzie teraz na studia.To pani pomoże w życiu żeby nie czuć się jako ktoś gorszy-na to nigdy nie jest za poźno a wzrośnie pani poczucie wartości a życie bez faceta nie musi być smutne - nie każdy go ma :) Będzie dobrze.Musi być ! Pozdrawiam :*

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-27 15:10:22

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-27 14:07:44

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-27 13:20:18

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-27 13:00:38

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-27 21:34:31

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-26 23:45:17

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-26 23:39:55

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-26 22:57:07

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-26 22:55:47

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Anonim
(Ocena: 5)
2010-01-26 23:54:40

„Papilocie! Mam 22 lata, za rok wyznaczoną datę ślubu.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz